Łączna liczba wyświetleń

piątek, 12 kwietnia 2024

Dąbrowa ''Belchow''-'' Bełszych''od 1366 roku Bełchów.

fot: ''Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Przeszłości''

 Wieś arcybiskupstwa gnieźnieńskiego w ziemi rawskiej województwa rawskiego powiatu sochaczewskiego  ,znajdująca się na szlaku pocztowo -handlowym z Torunia do Lwowa 1792 r .Przez Bełchów przechodził gościniec- trakt - Rawa -Skierniewice -Łowicz .Odcinek tego gościńca od Bełchowa do Łowicza był równy ,piaszczysty,  wysadzony Lipami ,które dawały cień w upalne dni ,a zimą chroniły w znaczny sposób drogę przed zaspami. Od Bełchowa do Skierniewic  droga była nie równa ,dołkowata, bagnista ,miejscami kamienista .Trakt, gościniec ,Łowicz -Rawa ze Skierniewic biegł polem otwartym i borem do Strzybogi ,dalej przez Starą Rawę ,Wołuczę do Rawy. Gościniec ten do dziś zachował tę samą trasę a od Łowicza biegł w kierunku Kutna i innych miast .Było to odgałęzienie drogi handlowej bałtycko -czarnomorskiej znanej już w epoce Piastów.


Województwo rawskie (1462-1793)

Karol de PERTHEES, MAPPA SZCZEGULNA WOIEWODZTWA RAWSKIEGO … MDCCXCII.

Perthées, Karol de (1740-1815) Autor  dedykacji: mapa zrządzona z innych wielu map miejscowych tak dawniej jak i świeżo odrysowanych tudzież gościńcowych i niewątpliwych wiadomości wszystko według reguł geograficznych i obserwacji astronomicznych.

Pierwsza wzmianka o wsi, leżącej w obrębie dóbr łowickich arcybiskupów gnieźnieńskich, pochodzi z 1366 r., z okresu rządów abpa Jarosława Bogorii Skotnickiego. Znana w XIV wieku dąbrowa ,,Belchow''od bełch ,błoto grzęzawisko ,moczary nadrzeczne ,położona między Bobrownikami ,Stachlewem i Sierakowicami ,a ciągnąca się po obydwu brzegach rzeki ''Lupii'' (Łupia -Skierniewka) ,ustąpiła w 1366 roku miejsca osadzie o nazwie Bełchów. Na tę osadę wykarczowano tylko część dąbrowy ,albowiem Jan Przerębski (ok. 1519–1562). podkanclerzy koronny, arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski w 1561 roku, za szczególne względem siebie usługi Mikołaja Tarnowskiego ,pozwolił mu karczować 4 wółki gruntu w lasach między Bełchowem i Bobrownikami na założenie wójtostwa. Nazwa wsi Bełchów ,niewątpliwie topograficzna ,na co wskazuje sama nazwa i położenie geograficzne .Język polski na oznaczenie miejsc bagnistych posiadał słowa :bełch,bełsz ,bełszych i bełk ,które oznaczały błoto i wir wodny.



Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich (1880-1914)czytamy :

[...] Bełchów ,wieś nad rzeką Skierniewka ,powiat łowicki ,przy drodze ze Skierniewic do Łowicza ,na prawo od linii drogi żelaznej Warszawsko Bydgoskiej W 1827 roku liczył domów 35 ,mieszkańców 257 .,obecnie ma 52 domy i 147 mieszkańców .Posiada kościół parafialny ,który istniał już w roku 1694 ,dzisiejszy murowany wzniesiony ze składek parafian w ostatnich czasach. Parafia Bełchowska dekanatu łowickiego ma 1804 dusz.[...]

W XIX wieku w parafii były 4 młyny ,2 plantacje tytoniu ,2 gorzelnie ,6 karczm ,4 dwory szlacheckie. 

fot: ''Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Przeszłości''

Historia parafii w Bełchowie sięga połowy XVII w. Pierwszy kościół w tym miejscu, zapewne drewniany, dedykowany św. Maciejowi Apostołowi, wybudowany został przed 1548 r., jako filialny parafii w Skierniewicach, do której Bełchów przynależał. Konsekrował go w tymże 1548 r. biskup sufragan gnieźnieński Sebastian Żydowski. W sto lat później, tj. 1 IV 1648 r., przy kościele tym arcybiskup metropolita gnieźnieński Maciej Łubieński, prymas Polski, erygował parafię pw. św. Macieja Apostoła, wydzielając ją z parafii św. Jakuba Apostoła w Skierniewicach. Kościół ten w 1755 r. odnowiono oraz dobudowano wieżę i zakrystię. Przetrwał on do roku 1826 r. Ze względu na zły stan techniczny rozebrano go. Liturgię w tym czasie sprawowano w Dzierzgowie, w prowizorycznej kaplicy postawionej na gruntach kościelnych.

W 1832 r. zbudowano w Bełchowie drewniany, prowizoryczny kościołek, który przetrwał do 1866 r. Dzięki staraniom ówczesnego proboszcza ks. Juliana Turulskiego (1865-1867) ze składek parafian wybudowano obecny kościół murowany, jednonawowy, orientowany. W tamtym okresie wszystkie kościoły na terenie ziem polskich powstawały w wyniku działań i pozwoleń zaborców , jednakże parafia Bełchów odznaczyła się tym, iż mieszkańcy wypędzili budowlańców przed ukończeniem pracy. Sklepienie według planów miało przybrać formę łuku tak jak w innych kościołach, niestety bełchowianie nie potrafili tego dokonać, tak więc sklepienie do dziś biegnie po linii prostej.

     W pierwotnej wersji, budowa nie miała transeptu, więc kościół nie był na planie krzyża. Poświęcił go dnia 21 VIII 1867 r. ks. Maciej Wołowicz, a konsekrował w dniu 7 VI 1887 r. arcybiskup metropolita warszawski Wincenty Chościak-Popiel. W latach 1900-1902 ówczesny proboszcz, ks. Daniel Michałowski, dobudował do niego prezbiterium i kaplicę. W ten sposób otrzymał on kształt krzyża.

Przy budynku kościelnym znajduje się dziś nowa plebania, pobudowana za księdza Dyśkowskiego, pod której fundamentami niegdyś istniał cmentarz. Nawet teraz rzeka znajdująca się nieopodal wyrzuca na brzeg szczątki zmarłych.


Rzeka Skierniewka w wyniku II rozbioru Polski , była naturalną granicą między Rzeczpospolitą, a Prusami .1815 r. miejscowość weszła wraz z Królestwem Polskim w skład państwa rosyjskiego. 

 '' Po wybuchu Powstania Kościuszkowskiego w marcu 1794 r., na mocy dekretu Rady Najwyższej zobowiązano wsie do dostarczenia z 5 dymów (domów) po jednym rekrucie, a z 50. po jednym, ale już z koniem. W razie potrzeby do pospolitego ruszenia powoływano wszystkich mężczyzn w wieku od 18. do 40. lat. Bełchów nie pozostawał w tyle i wysyłał swych synów do służby wojskowej, głównie w piechocie. Z braku ekwipażu szli w cywilnych ubraniach, niektórzy obdarci i boso do walki z zaborcami ojczyzny. Jednym z nich był Antoni Sosnowski, który nie miał jeszcze 40. lat, jak żegnał się ze swą 35-letnią żoną, wstępując do milicji ruchomej pospolitego ruszenia. Uzbrojeni  w piki  i kosy, walczyli bełchowianie pod rozkazami generałów J. Zajączka i J. H. Dąbrowskiego, broniąc Warszawy przed rosyjską armią gen. feldmarszałka Aleksandra Suworowa i wojskami pruskimi gen. Iwana Fersena. Sosnowski do Bełchowa już nie powrócił. Zginął na szańcach Pragi 4 XI 1794 r., zabity rzez Kozaków Suworowa, którzy z zemsty wymordowali mieszkańców Pragi. Pochowany został gdzieś w polu, w bezimiennej  mogile, na którym postawiono brzozowy krzyż. Ten  z czasem rozpadł się i nikt już nie pamiętał, kto spoczywa w mogile.

W dwa lata po III rozbiorze Polski 22 III 1797 r. król Fryderyk Wilhelm II wydał w Berlinie dokument, którego odpis trafił także do parafii w Bełchowie, aby o wypadkach niepokoju, kontrabandzie i przemycie były informowane najbliższe posterunki graniczne, a dokładnie jego strzelcy graniczni, „a kto by się temu nie podporządkował ma być witany strzelbą i pałaszem”.
Wraz z Napoleonem pojawiła się nadzieja na odzyskanie niepodległości. Po bitwie pod Jeną 14 X 1806 r., w czasie której legła potęga pruska, gen. Jan Henryk Dąbrowski wyjednał u Napoleona decyzję na formowanie polskich oddziałów. W dniu 1 I 1807 r. pod Łowiczem stanęło pod bronią pierwsze 3 tysiące doborowego pospolitego ruszenia. Część wojska została zakwaterowana w Bełchowie. Byli to ułani z 2 pułku kompanii wyborczej.
W tym czasie do Bełchowa zaczęły przybywać wojska francuskie, które rekwirowały konie, bydło i zboże dla armii. Wzbudziło to ogólne niezadowolenie miejscowych chłopów. Wieści o tym dotarły do samego księcia Poniatowskiego. Po sesji powiatowej w Rawie  9 IV 1807 r. został wysłany do Bełchowa rozkaz dzienny: 
‚’W imieniu Komisji Rządowej Izba Wykonawcza Powiatu Rawskiego, mając na uwagę na poczynione krzywdy obywatelom i chłopom przez zabieranie im koni i sprzedawanie ich przez wojska francuskie, a chcąc temu zapobiec, zaleca. Nikt koni od wojskowego Francuskiego i Bawarskiego kupić nie może, dopóki kupujący przed urzędem miejscowym nie dowiedzie zaświadczeniem podpisanego przez Kapitana Kompanii, do której przedajny należy jako koń na sprzedaż będący jest własnością.’’
 Bełchów w tym okresie był gminą należącą do powiatu rawskiego w departamencie warszawskim. Obok drewnianego kościoła mieścił się dom zgromadzeń gminnych, w którym odbywała się rekrutacja żołnierza w obecności sołtysa Kazimierza Kardy jako urzędnika państwowego, a po nim Jana Bakalarskiego.
Wiosną 1812 r. rozpoczęły się przygotowania do kampanii rosyjskiej. Kolejny raz musiał Bełchów wystawiać swych synów do formowanej stutysięcznej armii polskiej. Niektórzy zostali wcieleni do liczącego 32 tysiące żołnierzy V Korpusu Wielkiej Armii i brali udział pod dowództwem Poniatowskiego w bitwie pod Smoleńskiem. W dniach 5-7 IX uczestniczyli w krwawej rzezi pod Borodino, wkraczali wraz z V Korpusem do spalonej Moskwy, następnie walczyli 13 X 1813 r. pod Lipskiem w Bitwie Narodów. I tak przemaszerowali przez całą Europę - od Madrytu po Moskwę. Po abdykacji Napoleona niewielu z nich jednak powróciło do Bełchowa.
W 1826 r. w Bełchowie stacjonowali żołnierze z 4 Pułku Strzelców Konnych. Wśród nich byli Józef Czerwiński i Antoni Kaczyński. Pierwszemu z nich zmarł 8- tygodniowy syn Dionizy, urodzony przez bełchowiankę, Mariannę z Markowskich. W 1830 r. stacjonowali tu żołnierze 1 Pułku Strzelców Konnych Aleksandra Następcy Tronu.
Pułk wchodził w skład 1 brygady Dywizji Strzelców Konnych Królestwa Kongresowego, a dowodził nim pułkownik Antoni Potocki.  W 1831 r. ich dowódcą został Antoni Jankowski, a po nim przejął dowodzenie Karol Chmielewski, który poległ 5 V podczas szarży na rosyjską piechotę. W Bełchowie na kwaterach byli m.in.: Antoni Brzozowski i Bartłomiej Chyliński.  Pierwszego z nich spotkała  tragedia. 6 VIII 1830 r. zmarł półroczny syn Brzozowskiego - Wincenty z matki Wiktorii z Lipskich – bełchowianki. Dziecko pochowano na tutejszym cmentarzu. Podczas Powstania Listopadowego kolejny pobór nie ominął Bełchowa. Wcieleni głównie do piechoty i artylerii, walczyli bełchowianie przeciwko armii feldmarszałka Iwana Dybicza. I tu kolejny przykład. Kajetan Wieczorek, powołany w wieku 28. lat, syn Jana i Anastazji służył pod rozkazami gen. Jana Skrzyneckiego, mającego przejściowo kwaterę w Bolimowie. Kajetan powstanie przeżył, lecz wrócił schorowany do żony Michaliny, która zmarła  w 2 lata później. Ożenił się ponowie z Katarzyną z Marków. Długo nie cieszył się jednak ze stanu małżeńskiego, zmarł 8 IX 1835 r. w wieku 33. lat na gruźlicę.  W 100 lat później jego praprawnuk Antoni, który urodził się w Bełchowie, będzie służył w Warszawie na Zamku Królewskim w Kompanii Honorowej przy prezydencie Rzeczpospolitej - Ignacym Mościckim''

 / ''Bełchów w latach zrywów narodowych'' autor  : Mirosław Figaszewski /


Ołtarz główny przed rokiem 1914 (TOnZP) 



Według relacji proboszcza parafii Rocha  Siekludzki „wszystko obróciło się w popiół”
( na parafii 24 lata) 

1803 – godziny popołudniowe 14 czerwca Bełchów palił się przez 6 godzin. Uległo zniszczeniu 25 chałup, 21 stodół, spalona część kościoła (kielichy, monstrancja oraz bogate kapy.) W tym czasie gospodarze byli na jarmarkach w Łowiczu i Mszczonowie. 

Ks. Roch Siekludzki  w roku 1812 notuje :

''naszła czarna chmura deszczowa". O  16 po południu jedenastego czerwca uderzył piorun w folwark na Borowinach paląc obory i okólniki. Właścicielem był Piotr Kowalski, dzierżawca, który następnego dnia umiera w wyniku zawału serca. Cztery miesiące wcześniej śmierć zabiera jego żonę, Scholastykę z domu Jaworską, najprawdopodobniej była ona bogatą chłopką.''

W latach 1819 - 1820 ,dzięki staraniom Antoniego Wrońskiego ze Skierniewic, działacza i organizatora szkół elementarnych według założeń Komisji Edukacji Narodowej, i aprobacie proboszcza parafii Bełchów Michała Radkiewicza, powstała Szkoła Powszechna w Bełchowie Nauczanie trzyklasowe odbywało się w języku polskim w domu pod numerem 29 należącym do probostwa. Pierwszym nauczycielem był Mateusz Tyczkowski - mieszkający w Borowinach.

/ http://spbelchow.szkolnastrona.pl/index.php?c=page&id=22 /



- 1845 roku,  1 listopada w pobliżu wsi uruchomiono trasę kolejową Skierniewice - Łowicz  co przyczyniło się znacznie do późniejszego rozwoju osady, gdy trasa weszła w skład ,Kolei Warszawsko-Bydgoskiej, która została otwarta  4 grudnia 1862r.O budowę linii kolejowej łączącej miasto z systemem dróg żelaznych Królestwa Polskiego i Cesarstwa Rosyjskiego zabiegali już w latach 40. XIX w. kupcy gdańscy:
„Szczególnie starszyzna kupiecka w Gdańsku wskazywała ustawicznie na to, jak ważnym byłoby dla Gdańska połączenie z Łowiczem, który już od roku 1845 był związany z Warszawą przez Kolej Warszawsko-Wiedeńską. Sądzili oni, że wówczas Gdańsk będzie mógł zacząć współzawodniczyć z Triestem i Hamburgiem i mieli nadzieję, że przez to pomoże się wypływającym z natury prawom Polski do łączności z Bałtykiem''



Budynek stacyjny został ukończony w 1895 r.. jest jednym z najstarszych w okolicy. Zostaje zbudowany, kiedy Polski nie ma na mapach świata, a mieszkańcy posługują się dwoma językami polskim i rosyjskim . W tym okresie był to chyba jedyny przystanek na linii kolejowej ,między Skierniewicami, a Łowiczem, od grodzony wielkim płotem od pustyni Nieborowskiej .Nazwa  stacji „Nieborów” nadana została na prośbę księcia Michała Piotra Radziwiłła, który w ten sposób chciał stworzyć z punkt orientacyjny dla oddalonego od stacji o 9 km, swojego Pałacu w Nieborowie przy którym założył Manufakturę Majoliki. 

Rok 1915 Stacja PKP - Nieborów ,dziś Bełchów.



 Przystanek od grodzony wielkim płotem od pustyni Nieborowskiej .

Panowie widoczni na fotografii  pierwszej ,to żołnierze armii Pruskiej Cesarstwa Niemieckiego z okresu I wojny światowej .W tym czasie funkcjonuje też bocznica kolei wąskotorowej prowadząca do puszczy Bolimowskiej, obsługująca między innymi magazyn amunicji ,który w drugiej połowie kwietnia 1915 roku wylatuje w powietrze. Po wydarzeniu z kwietnia 1915 roku w Bolimowskim parku krajobrazowym w miejscu składów amunicyjnych , zachował się do dziś kamień z napisem : M.W.A.159 - 1915 (Minen Werfer Abteilung 159).



W tym czasie w budynku stacyjnym na pierwszym piętrze mieszkają państwo Dąbrowscy Michał i Kazimiera z domu Cichocka rodzice Jerzego, przyszłego konstruktora lotniczego, autora wielu nowatorskich rozwiązań technicznych. Jerzy Dąbrowski przyszedł na świat 8 IX 1899 r. o godz. drugiej po południu w budynku stacji Nieborów ,był najstarszym dzieckiem Państwa Dąbrowskich ,miał dwie młodsze siostry ,które zmarły we wczesnym dzieciństwie .
Obie spoczywają na bełchowskim cmentarzu.

Przygoda z nauką młodego Jerzego rozpoczyna się w bełchowskiej szkole, która mieściła się obok kościoła, a kończy się 17 września 1967 w Renton koło Seattle w stanie Washington, gdzie został pochowany w Greenwood Memorial Park. Jerzy Dąbrowski, dzięki zezwoleniu ówczesnych władz wojsk lotniczych, jako jeden z trzech cywilów, ukończył pełny kurs pilotażu wojskowego, łącznie z akrobacją na samolocie myśliwskim. Umiejętność latania stała się wielką pomocą przy konstruowaniu kolejnych samolotów różnego przeznaczenia.
Odznaczony m.in. Złotym Krzyżem Zasługi ,za konstrukcję PZL.37 Łoś ,samolotu legendy polskiego lotnictwa .
Począwszy od 1934 roku w Państwowych Zakładach Lotniczych trwały intensywne prace projektowanie ,za nowy samolot odpowiedzialny był zespół inżynierów, którym kierował Jerzy Dąbrowski.

13 grudnia 1936 roku za sterami Łosia zasiadł pilot doświadczalny Jerzy Widawski. Po uruchomieniu silników samolot wzbił się powietrze na warszawskim Okęciu. Tak rozpoczęła się krótka, lecz niezwykle barwna historia jednej z największych legend polskiego lotnictwa. Niewątpliwie Łoś był najnowocześniejszym polskim samolotem bombowym zbudowanym przed II wojną światową, miał zrewolucjonizować polskie lotnictwo wojskowe, zachwycił zagranicznych ekspertów, jednak nie był w stanie odwrócić losów II wojny światowej.


,,Zaraz tu będzie wojna! '' Bełchów - 12 września 1939 r.




[…] Około godziny 12.00 podjazdy i straż przednia zostały ostrzelane ogniem rkm i ckm oraz napotkały patrole konne nieprzyjaciela, lecz odrzuciły je w kierunku na Skierniewice. Wówczas Niemcy otworzyli silny ogień artyleryjski na naszych kolarzy, a pod Bełchowem, zajętym już przez podjazd ppor. Faleńskiego, pokazały się czołgi. Dowódca rozpoznania, rtm. Chrzanowski, dał rozkaz wycofania się na Łowicz. Tymczasem jednak na Bełchów wyszło natarcie piechoty niemieckiej wsparte czołgami. Oddział ppor. Faleńskiego złożony częściowo z kolarzy, częściowo z konnych, związany walką ogniową w nieprzyjacielem, znalazł się w trudnym położeniu w palącej się wsi pod morderczym ostrzałem artylerii. W czasie walki poległ ppor. Zygmunt Faleński oraz kpr. Jan Matelski i st. strz. Antoni Rozak .
Dowództwo objął ppor. Stefan Piasny, ale i on został ranny podobnie jak pchor. Józef Brandt z drużyny ckm Pod ogniem artylerii i czołgów szwadron wycofał się okrężną drogą przez Bobrowniki—Nieborów do szosy Sochaczew—Łowicz. 
Przez płonący Łowicz, na którym artyleria nieprzyjacielska ześrodkowała swój ogień, przedzierał się już nocą, ponosząc ciężkie straty w koniach z przydzielonej drużyny ckm.
Po nawiązaniu łączności z dowództwem brygady szwadron został skierowany na spotkanie pułku w Niedźwiadzie[...]
Uczestnik wydarzeń w Bełchowie
ppor. Olgierd Matuszewski Dowódca drużyny cekaemów w szwadronie kolarzy 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich. 


Po załamaniu się ofensywy na kierunku Głowno – Stryków zaistniała potrzeba powiększenia pasa odwrotu dla Armii Poznań i Pomorze o odcinek Skierniewic. W dniu 12 września 1939 roku rotmistrz Chrzanowski w sile 250 żołnierzy wyrusza spod Łowicza, tunelem w Zielkowicach na Skierniewice celem zbadania intensywności niemieckiej 10 Armii idącej z Skierniewic na Łowicz.
Podjazd Nr 1 por. Z. Faleńskiego rusza trasą Bobrowniki, Dzierzgów do Bełchowa. 
por. W. Kajda trasą Zawady, Bobiecko, Seligów, traktem z Łyszkowic do Bełchowa.
rtm. Janusz Chrzanowski głównymi siłami straży przedniej wzdłuż torów kolejowych w kierunku Bełchowa.
Około godziny dwunastej straż przednia Chrzanowskiego pod Dzierzgówkiem została zaatakowana przez patrole niemieckie.
Niemcy zostali odrzuceni. W wyniku potyczki zginął kpr. J. Matelski. 
Oddział por. Faleńskiego zatrzymał Niemców w Bełchowie.

wspomnienia Marii Grodzickiej .,,Wśród polskich pól przed laty '' (Łyszkowice 12 09 1939) 

''W południe dwa wozy sanitarne zatrzymały się przed dworkiem i kilku Niemców wpadło do kuchni, wykrzykiwali głośno gestykulując. Byłam jedyną osobą w domu , która władała językiem niemieckim ,więc poszłam do kuchni zapytać, czego żądają. Młody lekarz w mundurze rozkazał, żeby zagrzać większą ilość wody potrzebnej natychmiast do opatrunków. Czekałam przy palenisku aż woda się zagotuje, wtenczas ów lekarz podszedł do mnie i opowiedział wzburzony, jak to polski oficer oficer z garstką żołnierzy tam, gdzie na rozstajnych drogach stoi krzyż, usiłował zatrzymać ich w marszu. Całą godzinę straciliśmy. Wystrzelili wszystkie naboje i wszyscy zginęli, a oficer wołając ,,Jeszcze Polska nie zginęła" ostatnią kulę w łeb sobie wpakował. To opowiadanie zakończył słowami: "Der verriickter Mensch wolte nicht erkennen das wir sind die Herren der Welt". ("Ten wariat nie chciał uznać , że my jesteśmy Panami świata"). I wściekły Niemiec bił kolbą, którą trzymał w rękach, w podłogę. ''


Świadek potyczki w Bełchowie , Wacław Wiercioch.

''...w pewnym momencie, nie wiadomo skąd pojawili się żołnierze. Właśnie siadaliśmy do obiadu i nikt z nas w tamtym momencie nie spodziewał się niebezpieczeństwa. Pamiętam, jak jeden z wojaków krzyknął chować się kto może, bo zaraz tu będzie wojna! Niemal w tym samym momencie zaczęła się strzelanina. Kapral Piotr Warawa i starszy strzelec Antoni Rozak znajdowali się najbliżej drogi, którą Niemcy próbowali przejechać. To oni jako pierwsi strzelili, uniemożliwiając im tym samym wykonanie wcześniej wydanego rozkazu okrążenia stanowisk obronnych Naszych. Wspomina dalej pan Wacław. – Kapral wraz z towarzyszem broni schronili się za dwiema gruszami. Strzelali z ręcznego karabinu maszynowego, szybko eliminując przy jego pomocy siedmiu Niemców. Kiedy poległ st. strz. Antoni Rozak, kpr. Piotr Warawa rozkazał pozostałym podkomendnym wycofanie się w koryto rzeki. Sam zaś pozostał na stanowisku, zabezpieczając kolegom odwrót. Niemcom udało się go okrążyć dopiero wówczas, kiedy ciężko rannemu kapralowi zabrakło amunicji. Został zabity w tym samym miejscu, z którego strzelał – pod gruszą. Okrążający ostrzał wojsk niemieckich zmusił także pozostałe polskie jednostki do wycofania się. Podczas odwrotu jednemu z żołnierzy, strzelcowi , odniesione rany nie pozwoliły dotrzeć do koryta rzeki. Padł w głęboką bruzdę, z której ostrzeliwał okrążających go Niemców. Bronił się do samego końca, chociaż nie miał żadnych szans na przeżycie. Został zastrzelony.  Pozostali wojskowi spotkali się nad rzeką Łupią, której korytem razem wycofywali się w kierunku Nieborowa. W czasie trwania manewru zabity został dowódca ppor. Z. Faleński. Chciał on sprawdzić kierunek, z którego przeciwnik ostrzeliwał wycofujących się żołnierzy. Kiedy jednak wysunął się na brzeg rzeki został trafiony serią z karabinu i poległ na miejscu...''






Tablica poświęcona pamięci strzelców konnych poległych pod Wolą Zbrożkową i Bełchowem w dniach 11 i 12 września 1939r. Kościół pw. św. Jakuba Apostoła w Głownie.



W trakcie potyczki w Bełchowie  poległo 5 żołnierzy polskich, śmierć poniosło także 12 mieszkańców wsi.



 Pogoń Bełchów - kontra Niemcy (1944 r.)

[...] Pewnego razu do Zdzisława Macandra przyszedł dowódca niemiecki i zaproponował mecz ,,Polska - Niemcy''. [...]

Drużyna piłkarska Pogoń Bełchów z 1936 r.


  Mrok szarzyzny okupacji niemieckiej od czasu do czasu rozświetlały mecze piłkarskie czy to zakładowej drużyny Huty Szkła ,czy też Pogoni Bełchów ,Na mecze przychodziło wojsko niemieckie ,które stacjonowało w 1944 roku na bocznicy kolejowej na stacji w Nieborowie (Bełchów ).
Żołnierze niemieccy też chcieli pograć w piłkę ale sami ze sobą ,to nie była atrakcja ,więc zaproponowali spotkanie piłkarskie drużyny niemieckiej i polskiej .Słowo się rzekło ,mecz odbył się w niedzielne popołudnie na ,,trybunach'' komplet publiczności .Niemcy zaprezentowali się widowiskowo .
Przybyli z orkiestrą ,a bramkarz miał rękawice, co u nas było czymś nowym. Mecz zakończył się remisem .Sędziował sędzia niemiecki i trzeba przyznać ,że nawet bezstronnie. Niemcy chcieli okazać że są lepsi i zaproponowali rewanż .W rewanżu Niemcy rzeczywiście byli lepsi. Ale nasi nie chcieli być gorsi ,więc teraz oni wnieśli o rewanż ,który był na naszą korzyść.
Tak minęło kilka kolejnych popołudni   niedzielnych i w ogólnym bilansie nie było rozstrzygnięcia .W czasie ostatniego meczu ,przed wyjazdem Niemców z Bełchowa ,nasi byli o jedną bramkę lepsi.
Wszystko może by się dobrze skończyło ,po sportowemu ,Niemcy zaakceptowali porażkę ,ale wtedy ,,odezwały się trybuny '' i zawodnicy : ,,takie asiory ,a przegrali '' i takie tam różne przyśpiewki :

Siekiera, motyka, piłka, alasz. 
Przegrał wojnę głupi malarz. 
Siekiera, motyka, piłka nóż. 
Przegrał wojnę już, już, już. 
Siekiera, motyka, gaz i prąd
Kiedyż oni pójdą stąd ? 
Siekiera, motyka, prąd i gaz, 


a żeby w was piorun trzasnął .

Urażona duma nie pozwoliła Niemcom przyjąć takiej zniewagi i ruszyli na naszych z psami ,oprócz tego mieli pistolety ,więc nasz instynkt samozachowawczy podpowiedział ,,wiać'. Zdążaliśmy złapać ubrania i daliśmy dyla w bagna ,Przeciwnicy nie chcieli ryzykować gonitwy po trzęsawisku i odpuścili.
Fot: Drużyna piłkarska Pogoń Bełchów z 1936 r. od prawej : 
kapitan drużyny- Kalisiak ,Stefan Wilk ,Bernard Kurcwald, Mieczysław Figat, Bronisław Miler ,Ozdoba, Czesław  Poniatowski ,Tasak, Bronisław Wencel , Kazimierz Sokołowski ,Tadeusz Miler. 

,,Bełchów Daleki i bliski w moich wspomnieniach '' autor :J. Czubatka.

Huta Szkła „Józepoll”.

Huta w 1924 r. (fot. z archiwum NŁ)


 Na rozległych lotnych piaskach zwanych w tamtym okresie pustynią nieborowską w 1923 roku, powstała Huta Szkła „Józepoll”.wybudowali ją dwaj skierniewiczanie: Józef Filipowicz i Polikarp Rogala. Na obszarze 5 hektarów wystawiono halę produkcyjną, przylegającą do niej szmelcowanie, dwudziestometrowy piec z sześcioma otworami oraz szlifiernię. Obok postawiono piętrowy budynek administracyjny. Cała produkcja odbywała się ręcznie. Głównym surowcem był wówczas piasek, było go pod dostatkiem, ponieważ hutę wybudowano na skraju ''Pustyni Nieborowskiej.''




W maju 1947 roku zakład upaństwowiono. Pierwszym dyrektorem został Michatkiewicz- Bekesz, a następnymi: Kulas, Panasiuk, Wiśniewski i Orski. Zakład zmienił nazwę: najpierw na Hutę Szkła w Bełchowie, potem na Hutę Szkła "Feniks" w Bełchowie. Intensywna rozbudowa zakładu przypadła na lata 1952-1977. Wybudowano wtedy także 4 bloki fabryczne oraz wiele domków jednorodzinnych. Dawała ona pracę setkom osób aż do 1992 roku, kiedy to zniknęła na fali zmian ustrojowo-ekonomicznych, które były pokłosiem przełomu 1989 roku.

fot ;dzięki uprzejmości J. Ruciński

Osiedle Bełchów zdjęcie lotnicze ,lata 1950 - 1960.Na dole przy torach teren huty. powyżej stacja PKP, po lewej stronie młode zagajniki leśne,. przyszły teren osiedla Bełchów.




Bełchów  ,,Gromada'' jako najmniejsza jednostka podziału terytorialnego Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w latach 1954–1972.Gromadę Bełchów siedzibą GRN w Bełchowie utworzono – jako jedną z 8759 gromad na obszarze Polski – w powiecie łowickim w woj. łódzkim, na mocy uchwały nr 33/54 WRN w Łodzi z dnia 4 października 1954. /Bełchów, Dzierzgów, Dzierzgówek, Chyleniec i Michałówek ze zniesionej gminy Nieborów w tymże powiecie. /1 stycznia 1958 do gromady Bełchów przyłączono obszar zniesionej gromady Stachlew ,bez wsi Sielce. Gromada przetrwała do kolejnej reformy administracyjnej 1972 roku.

czwartek, 11 kwietnia 2024

Zasadzka pod Skierniewicami - 22 czerwca 1944 r.


,,Masło przywieziono ,można go kupować ,ale jest go dużo,,


Tego dnia trzej żołnierze AK - oddziału Sabotażowo -Dywersyjnego obwodu ''Sroka'' Skierniewice ;
Władysław Baran ps.'' Lord'' Edward Kostusiak ps. ''Kostek'' Wiesław Ryk ps''Andrzej'', zaatakowali samochód osobowy i pancerkę na trasie ze Skierniewic do Łowicza, z zamiarem odbicia Henryka Knapskiego ,żołnierza Oddziału Specjalnego, aresztowanego z bronią w ręku. 

( dzisiaj jest to droga krajowa numer 70).



Wywiad AK ustalił ,że wieczorem lub w nocy miał on być przewieziony ze Skierniewic do siedziby gestapo w Łowiczu .Po otrzymaniu informacji z wywiadu i rozkazu uwolnienia aresztowanego żołnierza, oddział por. Gójskiego zorganizował zasadzkę już 20 czerwca 1944 r. ,we wsi Sierakowice Prawe naprzeciwko mariawickiego cmentarzyka. Zakopano minę przygotowaną przez Tadeusza Kowalskiego. Przez dwie doby  oczekiwano bezskutecznie ,po czym zlikwidowano placówkę ,pozostawiając minę. 


/ Sierakowice Prawe rok 1909 ,filia parafii Kościoła Starokatolickiego Mariawitów w Łowiczu
Od 1911 roku wspólnota parafialna w Sierakowicach posiadała tzw. Ochronkę dla dzieci i młodzieży .Od roku 1914 ,cmentarz grzebalny (który istnieje do dziś)W tym samym roku prowadzi też własny sklep spożywczy. /


Trzeciego dnia Andrzej Ryk w słuchawce telefonu usłyszał :
,,Masło przywieziono ,można go kupować ,ale jest go dużo,,

... zrozumiał zaszyfrowaną informację .Zabrał ze sobą Władka ,,i pojechali rowerami na punkt kontaktowy w szklarniach SGGW ,przy dzisiejszej ul. Konstytucji 3 Maja ,do pracującego tam Edwarda Kostusiaka ''Kostka''. Dowódca - Oddziału Sabotażowo-Dywersyjnego - Jerzy Gójski ps. ''Doliwa'' .poinformował ,że Niemcy będą konwojować Knapskiego .Wydano rozkaz wysadzenia samochodu ,którym miał być transportowany więzień. Istniało ryzyko ,że w czasie akcji może zginąć Knapski ,mimo to zdecydowano się o przeprowadzeniu akcji.



SGGW przy ulicy Konstytucji 3 Maja w Skierniewicach.1943 r.


''Lord'' -  ''Andrzej''  - ''Kostek'' ,pobrali broń i pojechali rowerami do Sierakowic Prawych. ''Lord'' został z bronią na cmentarzyku ,pozostali dwaj ,,Andrzej,, i ,,Kostek,, zajęli się zainstalowaniem zapalnika . Podczas montowania linki zauważyli zbliżający się od Skierniewic samochód ,którego wygląd był zgodny z opisem .Ukryci w zbożu oczekują ,''Kostek'' szarpnął linkę za wcześnie ,mina wybuchła przed samochodem.
Kamienie i ziemia fruwają w powietrzu ,samochód wpada wyrwę i koziołkuje .Czekają aż opadnie kurz ,by zobaczyć skutki wybuchu .Jakaś osoba na czworakach pełza pod samochodem ''Andrzej'' strzela z ''Visa'' ,niestety nie trafia celu. Niemiec odpowiada serią z pistoletu maszynowego. Partyzanci są niemal bezbronni ,nie mają pistoletów maszynowych ,które zostały na cmentarzyku pod opieką ''Lorda'' .''Kostek ''rzuca granat ,następuje wybuch ,ale mało skuteczny , ''Andrzej ''rzuca drugim tym razem następuje potężny wybuch ,strzelający Niemiec ginie .''Kostek ''wykorzystuje moment wybuchu i biegnie przez szosę do ''Lorda''. Rozlega się seria z odległego o sto metrów opancerzonego samochodu ,który w tym czasie nadjechał od strony Skierniewic .Niemcy strzelają niecelnie ''Andrzej'', ryzykuje skok przez szosę ,wpada w zboże i dobiega do kolegów. Okazuje się że ''Lord'' przestraszył się wybuchów i odbiegł zbyt daleko .
''Andrzej'' zabiera ,,Lordowi'' karabin  i oddaję serię w kierunku samochodu .Niemcy odpowiadają serią z karabinu maszynowego .Partyzanci postanawiają się wycofać ,biegną w kierunku rzeki i dopiero tam upewniają się że nikt ich nie goni. Okrężną drogą przez Zwierzyniec wracają do miasta i meldują się u por. Gójskiego .Na miejscu zostają obrugani przez dowódcę ''Doliwę'' za to że z miejsca akcji nie zabrali broni z rozbitego samochodu.
Wyjaśnili ,że byli podostrzałem i musieli ewakuować się z miejsca zasadzki. Później okazało się ,że Niemcy z pancerki po otrzymaniu serii z karabinu maszynowego, sadząc że mają do czynienia z większym oddziałem partyzanckim uciekali ,tak że na przejeździe kolejowym w Skierniewicach nie zatrzymując się wyłamali szlaban. 

Niestety w zatrzymanym konwoju nie było Knapskiego ,którego przewieziono inną trasą do Łowicza przez Łyszkowice .

Wywiad ustalił ,że zamiast samochodu gestapo z aresztowanym  wysadzono samochód osobowy z komisją rzeczoznawców od pocisków V-2 ( Vergeltungswaffe-2).Dwóch Niemców zostało rannych w zasadzce zginął  ,inż. Schneider jeden ze specjalistów kontrolujących próbne wybuchy. 

Aresztowany Henryk Knapski został wysłany do obozu koncentracyjnego .Po kilku miesiącach jego rodzicom udało się wykupić syna ,który powrócił do Skierniewic. 

Miejsce akcji ,po prawej cmentarzyk 










niedziela, 7 kwietnia 2024

Miasto przez wszystkich z daleka było omijane. Łowicz / 1893-1894 r. /

 

Bazylika katedralna Wniebowzięcia NMP i św. Mikołaja /1880-1890 r./

Wielkie „zarazy” towarzyszyły człowiekowi od wieków, zmieniały losy polityczne, gospodarcze i społeczne całych nacji. Wystarczy tu wspomnieć o XIV -wiecznej epidemii czarnej śmierci, przez sześć lat pustoszyła kontynent, zabijając najpierw tysiące, a wkrótce miliony.( 1347-1352 )

Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie – tak modlono się kiedy przychodziło  „morowe powietrze”, umierali biedni i bogaci. Lekarstwa nie było.  Tylko w Bogu była nadzieja. Po zarazie zostawały zapiski w księgach zmarłych, krzyże i cmentarze choleryczne.

W tym nieszczęśliwym czasie w okolicy Łowicza(1893-1894), a i w dalszych stronach, po wsiach, bardzo dużo postawiono krzyży dwuramiennych (Karawika).  Stawiano je na początku i na końcu wsi, tak aby blokowały zarazie drogę. Wierzono, że krzyż będzie skuteczny tylko wtedy gdy wykona się go w ciągu jednej nocy z jednego kawałka drzewa i postawi także tej samej nocy. Przyjętym zwyczajem było, iż w czasie trwania epidemii mieszkańcom wsi nie wolno było wychodzić poza krzyż.

Cmentarz katedralny w Łowiczu - krzyż dwuramienny ''Karawika '' 

W czasie grasującej cholery ,wśród największej trwogi i pognębienia umysłów ,dnia 21 lipca 1894 roku krzyż dębowy dwuramienny złożony ,był przed wielkimi drzwiami kościoła .
Po solennym, błagalnym nabożeństwie, na czele  miejscowego duchowieństwa, wśród jękliwego odgłosu dzwonów, z przed kościoła ruszyły procesją zastępy kilku tysięcy ludzi wszystkich stanów, cechów, bractw i towarzystwa straży ogniowej ochotniczej, z pośród których przeszło 100 osób, skruchą przejętych, na ramionach, za pomocą 17 długich drągów, ów krzyż olbrzymi, ciężki, wieńcami i wstęgami przybrany, niosło aż na miejsce przeznaczenia—przed cmentarz. 

Cmentarz katedralny w Łowiczu

Pochód tak uroczysty, wspaniały, zarazem smętny, do głębi duszy każdego rozrzewnił..., nikt oka nie miał suchego. Na miejscu, po ceremonii poświęcenia, jeden z kapłanów rzewnymi słowy podniósł znaczenie chwili aktu tego, a w tłumie łkającym w skrusze i niepewności o życiu, przejętym wiarą, wzbudził nadzieję ocalenia przez ubłaganie miłosierdzia Bożego. Potem, przy potężnym na klęczkach śpiewie: „Święty Boże!“—Krzyż pod-- niesiono. Byłą to chwila największego wzruszenia. Już nie śpiew, ale jęk żałosny tysięcy dusz rozległ się pod Niebiosa. Po ustawieniu odśpiewano: „Zawitaj Ukrzyżowany! “— i całą tę uroczystość zakończono pieśnią „Straszliwego Majestatu Panie!“, znękane umysły i serca strwożone uspokojone zostały.— I w istocie odtąd cholera coraz mniej ofiar zabierała. Takaż sama uroczystość w tydzień czasu powtórzyła się w drugiej parafii—Św. Ducha.



Karawaka, karawika, karawik, karawinka, krzyż choleryczny, krzyż morowy, krzyż św. Zachariasza, krzyż św. Benedykta – krzyż o dwóch poprzecznych belkach, z których górna jest krótsza. Uznawany za chroniący przed “morowym powietrzem” czyli epidemiami dżumy, czarnej ospy, cholery, tyfusu przed anomaliami pogody, nieszczęściami i nagłymi zgonami.


„Karawika“—w trzech wydaniach przeszło 10,000 egzemplarzy rozeszło się po kraju z Łowicza i prosto z drukarni w Warszawie (St. Niemiry). Drugiego wydania (lipiec 1894) rozeszło się z Łowicza 3000 egzemplarzy w przeciągu dwóch tygodni i w czasie tym wskutek większego zapotrzebowania wyszło wydanie trzecie.


W czasie cholery (1893-1894)

'' Najokropniejszy był miesiąc lipiec i połowa sierpnia; były dni, że po 30 osób padało ofiarą cholery i to przy zmniejszonej ludności, gdyż wiele rodzin, a w szczególności żydowskich, z samego początku, gdy jeszcze nie zabraniano wyjazdu z miasta , wyjechało do miast innych, albo uciekło do lasów. Przez kilka tygodni sklepy były pozamykane, targów nie bywało, wstrzymano dowóz żywności, przeto była wielka drożyzna. Miasto przez wszystkich z daleka było omijane. Zapanowała przerażająca pustka, cisza grobowa. Mieszkańcy z domów nie wychodzili, chyba w gwałtownej potrzebie ukazywali się, idąc do kościoła lub po lekarza. Cisza przerywaną była jedynie płaczem i lamentami na ulicach, wywożeniem zmarłych lub uwijaniem się licznej i bardzo energicznej, dobrze zorganizowanej służby sanitarnej. Dzięki zaradności władzy i komitetowi, złożonemu z obywateli miasta i lekarzy nadzwyczaj czynnych, epidemię u nas wkrótce zwalczono. Należą się dzięki temuż komitetowi, albowiem miasto doprowadzone zostało wówczas do prawdziwego porządku i czystości. Dla biednych, z funduszów kasy miejskiej i ze składek prywatnych, wydawana była gorąca herbata i obiady; panie tym się zajmowały i pełniły dyżury, a pełniły gorliwie mimo doznawanych przykrości od tych, dla których dobra się poświęcały. Przed ratuszem i w kilku punktach miasta, w zaimprowizowanych z beczek samowarach, nieustannie była gorąca mięta dla użytku wszystkich, zamiast surowej wody do picia. Chorym dawaną była natychmiastowa pomoc; szpital choleryczny przy ulicy Browarnej dobrze był urządzony. Zmarłych niezwłocznie chowano. W mieszkaniach czyniono dezynfekcję, a w specjalnych aparatach dezynfekowano pościel i ubrania. Policji  w wielu czynnościach straż ogniowa ochotnicza przychodziła z pomocą. Żydów, ku wielkiemu ich strapieniu, chowano pod przymusem w trumnach zamkniętych, a jak oni się wyrażali: „w pudełkach.“ W ogóle pogrzeby, a raczej tylko wywożenia umarłych odbywały się o każdej porze dnia i nocy, cicho, bez ludzi i dzwonienia. Kapłani w niesieniu chorym ostatniej pomocy i pociechy duchowej poświęcając się nieograniczenie, podołać nie byli w stanie; kościoły codziennie były ludźmi przepełnione, konfesjonały w istnym oblężeniu. Potwierdziło się przysłowie: „Kiedy trwoga, to do Boga''. 

Łyszkowice -2017 r.

Z dostępnych publikacji można się dowiedzieć że z dużą intensywnością zaraza czterokrotnie nawiedzała tutejsze tereny Pierwszy raz zaraza dotarła w sierpniu i wrześniu 1827 r. Panujące ciągle złe warunki sanitarne przyczyniły się do następnej epidemii, która miała miejsce w 1852 r. Kolejna fala zarazy pojawiła się jesienią 1865 r. Ostatni wybuch epidemii przypadł na 1894 r.
Dziś namacalnymi śladami upamiętniającymi tragiczne wydarzenia ,które miały miejsce w XIX wieku ,są krzyże ,kapliczki z napisem ''Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie ''i cmentarze choleryczne, gdy  sądzono, że zarazę roznosiło powietrze, a stan wiedzy medycznej nie pozwalał na ich skuteczne leczenie. Stawiano krzyże "choleryczne" na rozstajach dróg na granicach miast lub przy mogiłach ofiar zarazy. Oznaczały zakaz wjazdu i wyjazdu z takich miejscowości w czasie panowania zarazy.
Klasycznym tego przykładem jest miejscowość Jacochów w parafii Pszczonów  ,gdzie na obronę przed ,,morowym powietrzem ,,ustawiono trzy krzyże na drogach prowadzących do wsi .od strony Slegowa i Pszczonowa za rzeką ,od strony lasu na styku dróg prowadzących do Woli Makowskiej i Stachlewa.
W miejscowości Łyszkowice w której najdobitniej możemy się przekonać o przejściu zarazy cholery jest krzyż choleryczny ''Karawika ''krzyż ''Morowy'', który dziś znajduje się na skrzyżowaniu ulic Kościelnej i Cmentarnej .Symboliką nawiązuje do modlitwy św. Benedykta .Najprawdopodobniej jest też miejscem upamiętniającym pochówek zmarłych na epidemię cholery w Łyszkowicach.

Łyszkowice







Do dziś oryginalny Krzyż Karawika zachowany jest na rozjeździe za Niedźwiadą, przy drodze do Świeryża Pierwszego, z zachowanym całym opisem literowym i krzyżykami modlitwy na ramionach krzyża.





,,Łowicz wiadomości historyczne z dodaniem innych szczegółów ,, W .Tarczyński 

 Krzyż ,,Karawika'' autorstwa Zygmunta Pągowskiego. Ze zborów Janusza Pągowskiego, wykorzystane przez Pana Jacka w książce  „Łowickie nekropolie. Inny wymiar naszej obecności”.).....cmentarz jest historią zapisaną w kamieniu, metalu i marmurze - napisał we wstępnie swojej książki Jacek Rybus.....


Cmentarz katedralny w Łowiczu, założony został w 1843 r. na tzw. górach szubienicznych przy ul. Listopadowej. Sąsiadował on z cmentarzem ewangelickim założonym w 1841 r. Zasadzono drzewa wzdłuż alei by spełniał on również rolę parku. W 1867 r. cały cmentarz otoczono murem.


sobota, 6 kwietnia 2024

Pierwsza egzekucja wykonana na ulicach Skierniewic -25 czerwca 1943 r

Skierniewice - 1943 r.

  „Dowódco, nie mogłem strzelić do człowieka z tyłu”.


Była to pierwsza egzekucja wykonana na ulicach Skierniewic ,która odbiła się głośnym echem  w całej Generalnej Guberni. 

Niemiecki funkcjonariusz ,członek NSDAP, Kurt Ritter ,wyjątkowo podły człowiek  ,jednym słowem kanalia ,który mawiał :

''Mein Haar wird an diesem Ort wachsen, wenn mindestens ein Mann über 

fünfzehn in Skierniewice bleibt ''

{Włosy mi w tym miejscu wyrosną , jeśli w Skierniewicach pozostanie choć jeden mężczyzna powyżej piętnastego roku życia.}

Kurt Ritter - fot :zamieszczone ,,Rocznik Skierniewicki'' tom III

Notatka służbowa  Żołnierza Oddziału Łączności i Ochrony Sztabu - Mieczysława Skrzypka ,wówczas pracownika Arbeitsamtu:

''Werbunek polskiej siły roboczej na potrzeby hitlerowskiej gospodarki od bywał się przy pomocy łapanek organizowanych przez Rittera na wsiach w miasteczkach i dworcach kolejowych. W czasie tych łapanek posługiwał się pałką sporządzoną z linki stalowej obciągniętej skórą, pałka grubości 2 cm miała rękojeść i pętlę na przegub dłoni, by przy biciu nie wypadała z ręki Niemca. Dopuszczał się rękoczynów na Polakach, kopał i bił nawet kobiety, w tym ciężarne, które interweniowały w sprawie zatrzymanych synów, braci i mężów. Szczególnie prześladował młodych mężczyzn, powyżej 15 roku życia, których chciał wysłać na roboty do Niemiec. Taka działalność doprowadziłaby do biologicznego wyniszczenia narodu polskiego.''

Arbeitsamt- Urząd Pracy w Skierniewicach mieścił się w budynku szkoły powszechnej nr 2 przy ulicy 1 Maja obejmował swym zasięgiem okręgi: Skierniewice ,Łowicz ,Sochaczew, Błonie, Grójec ,Góra Kalwaria, Warka ,Żyrardów, Grodzisk Mazowiecki, Jeżów.

ul.1 Maja (w tle szkoła nr.2)

Arbeitsamt / Urząd Pracy/ miał za zadanie dostarczać tanią siłę roboczą do morderczej pracy w rolnictwie i przemyśle na terenie III Rzeszy.

W oparciu o rozkaz komendanta Obszaru Warszawskiego dotyczący likwidacji urzędników niemieckich ,szczególnie wrogo nastawionych do Polaków ,ówczesny komendant obwodu AK Skierniewice kpt. Lucjan Zieliński, na podstawie wyroku sądu podziemnego i rozkazu komendanta Obszaru Warszawskiego gen. Albina Skroczyńskiego ps. „Klimek”, będącego jednocześnie przewodniczącym sądu kapturowego przy KG AK, nakazał likwidację nadgorliwego funkcjonariusza ,urzędnika III Rzeszy -  Kurta Rittera

Albin Skroczyński, ps. „Klimek”
   
Pierwsza próba zlikwidowania szefa Arbeitsamtu w jego mieszkaniu przeprowadzona przez Edwarda Kostusiaka ,,Kostka,, i żołnierza za ''pożyczonego'', z innego oddziału AK  ,nie powiodła się. Zdecydowano ,że Rittera trzeba zlikwidować na ulicy najlepiej w drodze do pracy .Kurt Ritter mieszkał przy ulicy Kościuszki ,w domu  wysiedlonego por. Eugeniusza Mildego, przed wojennego oficera WP.



Następny termin wykonania wyroku wyznaczono na piątkowy ranek 25 czerwca 1943 r. Przez trzy tygodnie wywiad AK rozpracowywał jego zwyczaje, codzienną drogę do pracy oraz wyjazdy w teren. Informacje dotyczące Rittera skrupulatnie zbierali bracia Skrzypkowie Mieczysław i Tadeusz z Oddziału Łączności i Ochrony Sztabu, wywiązali się tego zadania znakomicie ,dostarczając pełnych informacji. Przez trzy tygodnie ,które pozostały do daty wykonania wyroku ,obserwację prowadził ,znający doskonale Niemca ,Wiesław Ryk ,,Andrzej,, 



Dowódca - Oddziału Sabotażowo-Dywersyjnego - Jerzy Gójski ps. ''Doliwa'' do akcji wytypował czterech żołnierzy , którzy mieli obstawić  różne możliwe drogi przemieszczania się Rittera. Byli to: Mieczysław Błaszczyk „Siwy”, Stefan Drążkiewicz „Murzynek”, Edward Kostusiak „Kostek” oraz 
Wiesław Ryk „Andrzej”. Rozkaz dowódcy brzmiał:
 „Przemieszczającego się  Rittera należy przepuścić i oddać strzał z tyłu”. 







Żołnierze wyznaczeni do wykonania zadania ,dzień wcześniej przeprowadzili rozpoznanie terenu, po czym ,,zamelinowali,, się wyznaczonym mieszkaniu ,gdzie była dostarczona broń .Z informacji dostarczonych przez wywiad wynikało że Ritter to były sportowiec ,zawsze uzbrojony ,trasę z domu do urzędu zwykle pokonuje pieszo .Tego dnia jednak jechał rowerem ,była godzina 7.30. 
,,Andrzej,, markujący zepsucie roweru ,machnął chustką za jego plecami ,w skazując ,,zamachowcom ,,właściwą osobę i przejechał przez przejazd kolejowy .

Ritter wybrał drogę przez ul. Plantową wzdłuż torów kolejowych, którą obstawiał „Murzynek”. Jechał spokojnie ścieżką po lewej stronie torów. ''Murzynek” - przepuścił Niemca, krzyknął, by się zatrzymał i w momencie, gdy ten się odwrócił oddał celny strzał w czoło. Drugi strzał, w skroń, dla pewności, który stanowił jednocześnie umówiony wcześniej sygnał dla pozostałych kolegów z oddziału, że zadanie zostało wykonane i należy natychmiast wycofać się z zajmowanych stanowisk. Po czym sam wpada w ślepą uliczkę pomiędzy domami ,chowa pistolet za pasek ,przeskakuje parkan i o dala się biegiem w stronę miasta. W oddali słychać  przejeżdżający pociąg .


Mieszkający przy Plantowej 4 ,Zdzisław Kowalski ,tak zapamiętał ranek 25 czerwca 1943 r.:

''Z okna mego domu widziałem kręcącego się na ulicy młodego człowieka .Jadłem śniadanie ,gdy  usłyszałem  jeden ,a następnie drugi strzał .Wskoczyłem na balkon ,zobaczyłem tego samego młodego człowieka z pistoletem w ręku ,który wybiegł zza domu pana Tkaczyka, wpadł w ślepą uliczkę pomiędzy domami ,schował pistolet za pasek i pobiegł uliczką w stronę miasta .Widziałem go jeszcze ,jak przeskakiwał parkan. Za chwilę  zobaczyłem przejeżdżającego na rowerze od strony ulicy Piłsudskiego znanego mi osobiście Jerzego Gójskiego .Pojechał w stronę Kościuszki ,Ja szybko wybiegłem i udałem się do pracy w Urzędzie Skarbowym przy ulicy Gałeckiego. Według mnie miejsce wykonania egzekucji było niebezpieczne. W willi nr 2 mieszkał na górze żandarm Bremberowicz ,w głębi ślepej uliczki pod nr 6 mieszkało dwóch Niemców, a w linii prostej ,nie dalej jak 100 metrów ,była siedziba żandarmerii .''

ul. Józefa Piłsudskiego - Skierniewice. /Gmach NSDAP/

 Po akcji dowódca oddziału por. Jerzy Gójski udzielił Drążkiewiczowi reprymendy...

''Stałem u siebie w domu na balkonie (przy ulicy Czystej),nie słyszałem strzałów. Chcąc sprawdzić stan faktyczny - wsiadłem na rower i pojechałem droga koło torów .Za przejazdem w odległości około 50 metrów leżał Ritter z głową dziwnie skręconą ,a na dalszym planie stali już żandarmi i kolega Kostrzewa z kryminaliki .Minąłem trupa i pojechałem dalej, wprost na tę grupę ,która rozstąpiła się ,dając mi drogę. Dziwne to, bo potem zatrzymywali każdego ,kto się na drodze pokazał. Widok Rittera z jedną dziurą w czole ,a drugą w skroni zastanowił mnie ,ponieważ instrukcję dałem wyraźną - przepuścić i strzelać z tyłu.''

 ...na żądanie wyjaśnień, chłopak odpowiedział krótko:

 „Dowódco, nie mogłem strzelić do człowieka z tyłu”. 

Dowódca wstał wówczas zza stołu, wyjął z szuflady swoją oficerską czapkę i w pozycji „na baczność” zasalutował mu w ten sposób wyrażając uznanie 18-letniemu żołnierzowi za jego tak wysokie morale. 

Była to pierwsza egzekucja wykonana na ulicach Skierniewic ,która odbiła się głośnym echem  w całej Generalnej Guberni. Po wojnie, w Skierniewicach, zamach na Rittera porównywany był z zamachem na Franza Kutscherę zwanego katem Warszawy.

Niemcy urządzili Ritterowi ''wspaniały'' pogrzeb .Była orkiestra ,delegacje, przemówienia. Obecni byli prawie wszyscy dygnitarze III Rzeszy z  terenu oraz trochę Polaków ,zmuszonych do uczestnictwa w tej ceremonii .Nadgorliwego urzędnika,  pochowano na cmentarzu ewangelickim przy ulicy Sobieskiego (obecnie skwer z pomnikiem).
Niemcy rozpoczęli śledztwo ,sprowadzono dodatkowych żandarmów ,gestapo ,przepytywano szpiclów ,nie natrafiono na ślad wykonawców wyroku. Jedną z wersji jaką podawano było że strzały padły z przejeżdżającego pociągu ,którym przewożono wojsko włoskie .


 Skierniewice -po prawej, parkan ,płot cmentarza gdzie pochowano wyjątkowo podłego ,,człowieka  w tle budynek istniejący do dziś. 

Ostatnią  akcją Stefana Janusza Drążkiewicza był odwet na volksdeutschach w okolicach Głuchowa. W niemiecki mundur przebrał się we wsi Przybyszyce. Po akcji AK-owcy mieli odcięty odwrót, cywilne ubranie wraz z kenkartą i adresem zamieszkania wpadło w ręce Niemców. Dwa dni po akcji, 20 sierpnia 1944 r. żandarmi przyszli do domu „Murzynka” przy ul. Bielańskiej 35. Nie znaleźli go, gdyż ukrył się na strychu. Opuszczali już dom, gdy granatowy policjant coś zobaczył czy usłyszał ruch i zawrócił żandarmów. Uzbrojony Drążkiewicz poddał się, ponieważ nie chciał narażać matki, gospodarzy i sąsiadów. Został przewieziony do siedziby żandarmerii przy ul. Piłsudskiego i poddany ciężkim torturom. Katowany przez kilku żandarmów nie wydał nikogo. Podczas bicia uszkodzono mu kręgosłup, w wyniku czego nie mógł stać o własnych siłach. Nie do końca pewny, czy wytrzyma dalsze nieludzkie przesłuchanie, podczas kolejnego przesłuchania leżąc już, kazał nachylić się żandarmowi, by mu coś powiedzieć, gdy ten to zrobił, Stefan napluł mu w twarz. Wściekły Niemiec wyciągnął broń i go zastrzelił. Zmasakrowane ciało Stefana Drążkiewicza zostało wywiezione do lasu Zwierzyniec i tam zakopane. Intensywne poszukiwania przez kolegów z oddziału miejsca pochówku, jeszcze tego samego roku i w następnym, nie przyniosły rezultatu. Przyjaciele z oddziału pomścili go, wykonując wkrótce wyroki śmierci na żandarmach Konigu, Kleinie i Scheterze uczestniczących w pojmaniu i torturowaniu „Murzynka”.Już miesiąc później grupa w składzie Władysław Baran „Lord”, Józef Dworzyński „Cygan” oraz Jan Osypiński „Nożyk” zastrzeliła przy Rynku jednego z nich. Następny zginął w lokalu fryzjerskim przy ul. Senatorskiej z rąk Józefa Dworzyńskiego „Cygana” i Wiesława Płońskiego „Wilczka” kuzyna Drążkiewicza. Granatowy policjant, który przyczynił się do ujęcia „Murzynka”, zginął zastrzelony przez Wiesława Ryka ps. „Andrzej” w Łowiczu, w lokalu Rady Głównej Opiekuńczej.  Głównego oprawcę Stefana Drążkiewicza – żandarma Bremberowicza – sprawiedliwość dopadła w Głownie, gdzie został przeniesiony. Wszyscy oprawcy przed śmiercią usłyszeli słowa :
       „To za Murzynka”

ul. Bielańska  nr .35 -  fot :zamieszczone ,,Rocznik Skierniewicki'' tom III




fot :zamieszczone ,,Rocznik Skierniewicki'' tom III

Stefan Janusz Drążkiewicz, urodził sie  w Łodzi,  22 kwietnia 1925 r. Syn Juliana i Marty z Płońskich. Rodzina mieszkała przy ul. Radwańskiej 69, niedaleko dworca kolejowego Łódź Kaliska, miejscu pracy ojca ,który  był w tym czasie  maszynistą kolejowym, a matka  nauczycielką .W 1932 r. Stefan , rozpoczął naukę w szkole powszechnej im. Stefana Żeromskiego. W 1935 r. rodzina zmieniła miejsce zamieszkania na pobliskie nowo wybudowane osiedle na Polesiu Konstantynowskim, w sąsiedztwie łódzkiego Parku Ludowego.  Po śmierci ojca „Murzynka”,  który zginął w wieku 58 lat w wypadku kolejowym, w styczniu 1939 r. Stefan uczęszczał do państwowego gimnazjum przy ulicy Pierackiego 11, dzisiaj Roosevelta.W roku szkolnym 1939/40 miał rozpocząć naukę w klasie III. Niestety plany dalszej nauki zniweczyła wojna, która doświadczyła Łódź już 2 września nalotami bombowymi. Niemieckie lotnictwo zbombardowało m.in. stację Łódź-Kaliska i pobliskie domy mieszkalne przy ul. Karolewskiej w niedalekiej odległości od mieszkania Drążkiewiczów. Dnia 9 września do Łodzi wkroczyły wojska niemieckie.
Początkowo Łódź została wcielona do Generalnego Gubernatorstwa, ale już 9 listopada ogłoszono włączenie miasta do III Rzeszy w ramach tzw. Kraju Warty (Wartheland)
Wraz z wcieleniem w granice III Rzeszy następował systematyczny proces germanizacji. Władze okupacyjne rozpoczęły usuwanie Polaków z mieszkań. Dnia 11 grudnia 1939 r. wyrzucono z osiedla na Polesiu Konstantynowskim pierwsze rodziny. Kolejnych kilkanaście wygnano w noc sylwestrową. Największa akcja wysiedleńcza została przeprowadzona w dniach 14–15 stycznia 1940 r., kiedy to hitlerowcy wysiedlili ok. 5 tysięcy pozostałych mieszkańców osiedla. Wszystko odbywało się nocą. Mieszkańców budzono waleniem w drzwi. Do mieszkań wchodzili volksdeutche pełniący funkcje tłumaczy wraz z uzbrojonymi Niemcami, nakazując zaskoczonym rodzinom opuszczenie mieszkań. Dawano im 15–20 minut na ubranie się i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Na osobę dorosłą przypadało 200 złotych gotówką i 25 kilogramów bagażu, na dziecko połowa limitu. Nie wolno było zabierać złota, kosztowności, papierów wartościowych, pościeli, mebli i bagażu na wózkach. Kazano wszystko zostawić na potrzeby III Rzeszy.
 Drążkiewiczowie wraz z innymi wyruszyli w mroźną noc. 
W „makabrycznym marszu przez całą Łódź”, jak pisała w swoich wspomnieniach siostra „Murzynka” Zofia Stochwicz-Wizner z d. Drążkiewicz, stłoczono ich w dawnej fabryce tkanin Gliksmana przy ul. Łąkowej 4, gdzie znajdował się Centralny Obóz Przesiedleńczy (Durchgangslager I der Umwandererzentralstelle Posen, Dienststelle Litzmannstadt). Na dziedzińcu wysiedlonych rejestrowano pędzono do nieogrzewanych pofabrycznych hal, w których przeprowadzano segregacje. Dzieci o nordyckich rysach przeznaczano do germanizacji, a sprawne i młode osoby wywożono na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Pozostałych wywożono na tereny znajdujące się w granicach Generalnego Gubernatorstwa i zasiedlano nimi powiaty: opoczyński, piotrkowski, łowicki, skierniewicki oraz Podkarpacie. Mieszkania pozostałe po Polakach zostały zaplombowane. Władze niemieckie zagroziły śmiercią każdemu, kto złamie zakaz wchodzenia do opuszczonych mieszkań. Po trzymiesięcznym pobycie w obozie Drążkiewiczowie  zostali wraz z pozostałymi wysiedlonymi wywiezieni nocą w wagonach towarowych do Starachowic. Inni łodzianie trafili m.in. do Opoczna i Radomia. Po przybyciu do Starachowic zostali załadowani na chłopskie furmanki i rozwiezieni do pobliskich wsi. Niestety nie jest znana nazwa miejscowości, w której zostali ulokowani, ale siostra Stefana pamięta, że zamieszkali u pp. Nowaków, którzy okazali się „wspaniałymi, serdecznymi ludźmi, z którymi przyjazne kontakty przez wiele lat utrzymywała nasza matka”. Przed ulokowaniem „modliliśmy się, żeby trafić na dobrych ludzi”5. Okazało się, że rodzina Nowaków modliła się o to samo. Po około miesiącu siostra Stefana, Zofia, pożyczyła pieniądze i przewiozła rodzinę do Skierniewic. Przenosiny najprawdopodobniej pokierowane zostały znalezieniem kontaktu z solidarną bracią kolejarską, która zawsze wspierała się nawzajem bez względu na zajmowane stanowiska. Gościny użyczyła im również kolejarska rodzina, maszynisty Wacława Giernatowskiego mieszkająca przy ul. Bielańskiej 35.
Po koniec 1940 r. Stefan został zarejestrowany jako pracownik szpitala, a niedługo później przyjął go do swojej kancelarii adwokackiej mecenas Zygmunt Jasiński.


fot :zamieszczone ,,Rocznik Skierniewicki'' tom III

Po koniec 1940 r. Stefan został zarejestrowany jako pracownik szpitala, a niedługo później przyjął go do swojej kancelarii adwokackiej mecenas Zygmunt Jasiński.

 ''Wiosną 1940 r. na prośbę matki Stefana Drążkiewicza zaangażowałem go jako sekretarza w mojej kancelarii, co dawało mu możność uniknięcia przymusowej wywózki na roboty… I stąd nawiązała się długoletnia serdeczna przyjaźń, jaka nas połączyła ze Stefanem. Mieszkał niedaleko ode mnie i faktycznie przebywał więcej u mnie w domu i w moim ogrodzie niż u siebie z matką. Mimo znacznej przecież różnicy wieku mieliśmy wspólne zainteresowania, np. ja całe życie polowałem. Okazuje się, że Stefan miał w tym kierunku zamiłowania bardzo daleko idące. Przed wysiedleniem z Łodzi mieszkał w pewnym tymczasowym mieszkaniu i zaopatrywał rodzinę w zające. Zrobił sobie małą kuszę, z której doskonale strzelał do nich. Strzelanie było jego zamiłowaniem. Pasjonował się wszelką bronią, z którą jak się okazuje, miał do czynienia z momentem, kiedy wstąpił do AK. Stefan zawsze rozkoszował się opowiadaniem o rozmaitych broniach, rewolwerach, karabinach maszynowych lekkich i ciężkich, jakimi dysponował w AK. Opowiadał o swoich akcjach w konspiracji. Zachwycał się dźwiękiem linii elektrycznych czy też telefonicznych, jakie przecinał na słupach. Ich gwizdem w momencie opadania. Opowiadał mi, jak wchodzi na słupy. Otóż skonstruował sobie kolce na stałe przytwierdzone do buta po wewnętrznej stronie stopy tak, że mógł, jak twierdził, na każdy słup wejść w bardzo szybkim tempie. Początkowo „prace” w AK nie zajmowały mu wiele czasu… Później w latach 43–44 te jego nieobecności zapowiedziane i niezapowiedziane  zdarzały się bardzo często i trwały nieraz po kilka dni. Pamiętam, że raz nie było go dwa tygodnie i nie potrafił się z tego wytłumaczyć. Ja oczywiście nie pytałem. Jak się później od p. Wiesława Ryka w latach 70-tych dowiedziałem, Stefan brał bardzo wiele razy udział w rozmaitych akcjach poza Skierniewicami.''

''Stefan Drążkiewicz był człowiekiem nieprzeciętnym. Był wszechstronnie uzdolniony, miał talent do języków, zupełnie nieźle posługiwał się niemieckim. Obdarzony słuchem muzycznym i dobrym wyczuciem taktu – pięknie tańczył. Był człowiekiem wielkiej wartości. Wszystko to całą tę wartość oddał Ojczyźnie. Kochał Polskę. Oddał jej swoje życie świadomie. Zdawał sobie sprawę, że praca tego rodzaju, którą podjął, naraża go na niebezpieczeństwo i większe prawdopodobieństwo śmierci dla Polski niż na przeżycie. Zginął w 1944 r., pomnażając liczbę tych setek tysięcy bohaterów, jacy ginęli w XIX i XX w. za Polskę, za jej trudny do utrzymania niepodległy byt.''

 Pod koniec 1949 r. matka „Murzynka” Eugenia Drążkiewicz wystąpiła do sądu o uznanie syna za zmarłego. Proces toczył się na przełomie 1949 i 1950 r. wśród świadków zeznawali jego towarzysze broni: Jerzy Gójski i Edward Kostusiak. Dnia 17 lutego 1950 r. Sąd Grodzki w Skierniewicach w osobie sędzi Grzeczyńskiej uznał Stefana Janusza Drążkiewicza za zmarłego.


Eugenia Drążkiewicz z synem w parku.

16 listopada  2019 r.na skierniewickim cmentarzu św. Józefa poświęcono symboliczny grób Stefana Drążkiewicza ps. „Murzynek”, żołnierza oddziału sabotażowo-dywersyjnego AK „Sroka”. Symboliczną mogiłą mieszkańcy Skierniewic oddali cześć temu wojennemu bohaterowi. Nagrobek ufundowany został przez Andrzeja Kostusiaka i Jacka Stępowskiego. Na uroczystości obecny był wnuk siostry Drążkiewicza, Adam Stochwicz.





''Skierniewice w czasie II wojny światowej''/ Skierniewice 1999-Zwierzchowski K./

ROCZNIK  
SKIERNIEWICKI
 
Studia z dziejów miasta i regionu
 Tom III




 

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Udany zamach na urzędnika III Rzeszy -Łowicz 1943 r.


 „Przeczekałem, aż bryczka mnie  minie, wsiadłem na rower, zakręciłem za nim i z tyłu strzeliłem dwa razy. On się osunął do tyłu(„ .). Zawróciłem, nacisnąłem na pedały. Odjechałem parę metrów i słyszę trzask, a rower nie jedzie... Łańcuch się urwał." 

Niemiecki funkcjonariusz Wilhelm Bucholtz, kierownik łowickiego Arbeitsamtu (Urząd Pracy),członek NSDAP, wsławił się szczególną aktywnością w wysyłaniu młodych ludzi na roboty do Rzeszy z powiatu łowickiego. Wyciągał ludzi z domów z kościołów .Organizował łapanki młodzieży w mieście w dzień ,a po wsiach przeważnie nocami .

 Robił to na zamówienie urzędu pracy III Rzeszy, tylko dlatego że w tamtym czasie Niemcom wydawało się że należy im się ,,Polski niewolnik '',który będzie orał, siał, zbierał plony ,pracował w fabryce ,a rasa panów jak siebie nazywali będzie czerpać całymi garściami z życia .


Uroczystość otwarcia Domu Wspólnoty Niemieckiej w Łowiczu 1942 r., wśród uczestników Wilhelm Bucholtz, kierownik łowickiego Arbeitsamtu .Na trybunie starosta Heinz Werner Schwender.,odwołany we wrześniu 1942r ze stanowiska. Jak zapisano w papierach pracę swą wykonywał wzorcowo i był przykładem do naśladowania dla innych .Getto w Łowiczu ,getto w Skierniewicach w Łyszkowicach ,Bolimowie itd.

Akcję przeprowadzono drugiego czerwca 1943r.,na ulicy Legionów, obecnie Armii Krajowej (koło przejazdu kolejowego)   około godz. 6.50 

Naoczny świadek wydarzeń 18-letni wówczas Jan Stokowski, który codziennie woził Bucholtza do jego biura, które mieściło się w ratuszu: 

,,Tego dnia jechałem z willi hitlerowca na Blichu drogą prowadzącą przez most. Kilometr przed mostem, jeszcze przed przejazdem kolejowym, usłyszałem dziwny trzask. Zobaczyłem człowieka na rowerze z pistoletem w ręku, który strzelał do Bucholtza. Niemiec rozcapierzył ręce i upadł do tyłu na oparcie bryczki.  Spod siedzenia wydłubałem  kulę, którą gestapo zabrało. ''


Skuteczna i pożyteczna akcja ,przyniosła społeczeństwu Łowicza i okolicznych wsi ulgę ,łapanki na roboty mocno osłabły .Akcję likwidacji nadgorliwego ,,urzędnika,, Rzeszy, zorganizowali i przeprowadzili ,żołnierze Armii Krajowej ,powiatu Łowickiego ,obwód ,,Łyska,, z rejonu placówki o kryptonimie ,,Żołądź,, 

Przez dłuższy czas specjalny wywiad AK ustalał zwyczaje skazanego, każdorazowy jego wyjazd do pracy z dokładnością do jednej minuty, czas przejazdu i trasę do urzędu pracy itp.

Na początku planowano wrzucenie granatu przez okno gdzie mieszkał Bucholtz, odstąpiono od tego planu gdyż zachodziła obawa ,że w domu mogą ucierpieć osoby postronne ,szczególnie chodziło o służącą Polkę .Przyjęto inny sposób likwidacji ''urzędnika ''.

Zadania tego podjął się i wykonał w pojedynkę Jan Kaźmierczak ps. ''Sęp'' ,warto tu wspomnieć że wykonawców zadań specjalnych obowiązywały twarde znane im zasady ,występować bez dowodów osobistych ,nie zostawiać rannego lub zabitego kolegi ,walczyć do ostatka ,ostatnia kula dla siebie .

Jan Kaźmierczak ps. ,,Sęp,, 

 Chciał to zrobić sam bez obstawy .Przed akcją wypił szklankę bimbru ,pożyczonym rowerem i z ,,Parabellum,, niemieckim samopowtarzalnym 8-strzałowym pistoletem wyruszył aby wykonać zadanie którego się podjął. Tego dnia, jak co dzień Bucholtz wraz ze swym woźnicom wyruszył ze swojej wilii na Blichu drogą prowadzącą przez most do jego biura które mieściło się w ratuszu . Kilometr przed mostem jeszcze przed przejazdem kolejowym, żołnierz AK ps.,,Sęp,, przeczekał aż bryczka go minie ,wsiadł na rower ,zakręcił w kierunku bryczki i oddał dwa strzały w kierunku urzędnika ,Niemiec rozłożył ręce i upadł do tyłu na oparcie bryczki .W czasie akcji rower odmówi posłuszeństwa(łańcuch się urwał )pozostawił go na miejscu ,po zamachu uciekał przez pola ,pogroził pistoletem rolnikowi pracującemu na swoim polu i kazał milczeć .Rolnik słowa dotrzymał .

Świadkami zdarzeń opisanych  wyżej byli:

dowódca Stanisław Jaska ps.,,Zryw,,

dowódca sekcji Stefan Sekuła ps.,,Rak,,

Władysław Baryła -  rolnik pracujący w polu .

Stanisław Plichta - który pożyczył rower na akcję.

Jan Stokowski - woźnica dorożki. 


''a wszystko co robił, robił dla Polski.'' 

Jan Kaźmierczak urodził się w marcu 1918 roku w Ostrowcu w powiecie łowickim. Szkołę Powszechną ukończył w Gągolinie Południowym. Pracował w rolnictwie na tej samej wsi. Gdy wojska niemieckie w 1939 roku napadły na Polskę, jako woźnica wraz z podwodą został przydzielony do wojskowych taborów, którymi wieźli w kierunku Warszawy broń i mundury dla rezerwistów. Poruszali się przeważnie nocami, aby unikać bombardowań przez samoloty niemieckie. Po kilku dniach zostali otoczeni przez Niemców i skierowani do obozu w Żyrardowie. Po zakończeniu działań wojennych - jako cywile zwolnieni do domu. W 1940 roku Jan Kaźmierczak został zaprzysiężony przez Jana Rześnego ps. ,,Start" do organizacji podziemnej Związek Walki Zbrojnej, w 1942 roku przemianowanej na Armię Krajową, Przydzielony został do sekcji Stefana Sekuły ps. „Rak", w drużynie Jana Wróbla i przyjął pseudonim ,,Sęp". Uczestniczył w szkoleniu wojskowym. Na ochotnika zgłosił się do sekcji specjalnych, powołanych przez Komendanta placówki ,,Żołądź" Stanisława Jaskę ps. ,,Zryw", które między innymi zajmowały się wykonywaniem wyroków sądów Polski Podziemnej na wyjątkowo brutalnych i okrutnych w stosunku do Polaków hitlerowcach oraz różnej maści agentach Gestapo. 
Przez lata Pan Kaźmierczak nie uważał się za bohatera .Uważał, że tak należało żyć i działać. Słowo patriotyzm było obowiązkiem, a nie okazją do zaszczytów i medali.
Pana Kaźmierczaka  nie ominęły różne upokorzenia i szykany ze strony ,,zwycięzców,, za to co robił dla swojej Ojczyzny i dzieci .Figurował w aktach łowickiego Urzędu Bezpieczeństwa jako żołnierz AK z placówki ,,Żołądź,,
Władza ludowa chciała przez jego gospodarstwo przeprowadzić drogę ,jakby tam było tylko na nią miejsce . Córki Pana Kazimierczaka nie zostały przyjęte do szkoły w której chciały się uczyć ,tylko dlatego że ich tata miał ,,zły życiorys,,.
W zamian od władzy ludowej dostał po pysku ,od emerytowanego funkcjonariusza UB dorabiającego sobie handlem na miejscowym rynku .Człowiekiem tym był jak wynika z relacji świadków nijaki p.''S'' ,szczególnie sadystyczny funkcjonariusz Łowickiego UB.

W roku 2003 podczas uroczystej sesji Rady Miejskiej, która odbyła się w piątek 26 września w Liceum Ogólnokształcącym im. J. Chełmońskiego, nadano czterem osobom tytuł Honorowego Obywatela Miasta Łowicza ,jednym z nich był Jan Kaźmierczak .Wniosek o przyznanie Honorowego Obywatelstwa tym postaciom pochodził od Koła Wychowanków i Wychowanek Szkół Średnich Ogólnokształcących w Łowiczu oraz Forum Młodych Łowiczan. Wniosek poparły związki kombatanckie, a 28 sierpnia Rada Miejska jednogłośnie podjęła uchwałę o nadaniu tych honorowych tytułów.  Na uroczystość nie przybył z powodu choroby Jan Kaźmierczak, obecna była jego córka i żona Marianna .Córka Jana Kaźmierczaka zabrała głos mówiąc, że dziękuje w imieniu ojca:
''a wszystko co robił, robił dla Polski.'' 

Jan Kaźmierczak zmarł 21 marca 2004 r.
23 marca ,we wtorek w kościele parafialnym w Kompinie zmarłego dwa dni 
wcześniej Jana - żołnierza Armii Krajowej , żegnało kilkaset osób. W uroczystości obok rodziny, pocztu sztandarowego OSP, znajomych i przyjaciół, udział wzięli także przedstawiciele AK i Szarych Szeregów oraz poczet sztandarowy Urzędu Miejskiego.

Cmentarz parafialny w Kompinie 


Pogrzeb honorowego obywatela miasta Łowicza -23 marca 2004 r.


- ''Kwartalnik Historyczny '' 2004r.

- "Nowy Łowiczanin" 2003r.

- "Nowy Łowiczanin" 2000 r.

- - ''Nowy Łowiczanin" 2004r.






Ostatnia ofiara - II W.Ś w Łowiczu 1945 r.

  Wielu mieszkańców Łowicza w milczeniu odprowadziło 17 letnią Łowiczankę  na cmentarz kolegiacki. „Na przełomie października i listopada 19...