Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 28 lipca 2024

,,Złoto Armii Napoleona ,,

ul. Podrzeczna fot. poglądowe 

 Dziś po wizycie Napoleonie I została tablica umieszczona na elewacji kamienicy tuż przy ogrodzie Hipolita ,której w tamtych czasach balkon podpierały drewniane karjatydy ,ale czy tylko tablica, a może i ze dwie kamienice wdowy po Bednarzu na ulicy Podrzecznej ?

''Wieść niesie. że podczas przejścia wojsk Napoleona  przez miasto, w nocy, kiedy wszystko już w śnie pogrążone było, konwojowano złoto pakowane w baryłkach i jedna z nich, jak raz właśnie stoczyła się z wozu na ziemię przed domkiem bednarza, który stał na placu dzisiejszej posesji N. 367. Pracowity lecz biedny rzemieślnik wstał rano i wyszedłszy na ulicę ujrzał baryłkę, chciał ją podnieść lecz była ciężką. Prosić ludzi o pomoc, było niebezpiecznie, przywołał więc tylko własnego stróża i zaczął z nim, spostrzeżoną baryłkę wtaczać do studni, która do dziś dnia jeszcze egzystuje. Przy wtaczaniu jednak tem, tak nadwyrężył zdrowie, iż położywszy się zaraz do łóżka, w kilka dni żyć przestał. Konając, przed żoną wykrył powód śmierci, a ostrożna wdowa nauczona stratą męża, przy pomocy wynajętych kilku ludzi obcych, niby "śledzie" wydobyła z ukrycia zatajone złoto. W kraju nastał spokój a za znalezione pieniądze na miejscu rozwalonych kilku domków, stanęła dzisiejsza kamienica N. 371 a nawet kupiono i dobra ziemskie.

Tymczasem oficer i żołnierze, konwojujący, kiedy zguby nigdzie nie wykryto, wszyscy wyrokiem sądu wojennego na rozstrzelanie we wsi Zduny skazani zostali.

Stróż pojony przez jakiś czas do zbytku, kiedy sam nie wiedział co się z nim dzieje, dochował tajemnicy, w każdym razie, złoto znalezione i przywłaszczone sobie z krzywdą ludzką na złe wyszło dla familii bednarza, albowiem sprawiedliwość Boska zsyła na nią ustawicznie rozmaite klęski.''


/Wprowadzone w 1803 r. za panowania Napoleona Bonaparte, złote monety o wartości 10 franków miały przedstawiać różnych władców zarówno Republiki Francuskiej, jak i Cesarstwa Francuskiego./


16 grudnia 1806 roku, po dziewiętnastu dniach pobytu w Poznaniu, Napoleon wyjechał ze stolicy Wielkopolski w kierunku Warszawy. Już 18 grudnia wieczorem dojechał do Łowicza. Zatrzymał się w Hotelu Imperial, który mieścił się w kamienicy na Rynku. Hotel był własnością Ignacego Kosiorkiewicza. Miasto było oświetlone na jego cześć a przed kamienicą zebrali się ciekawscy mieszkańcy miasta. Cesarz zjadł obiad, chwilę się naradzał, wysłał kuriera do Berlina i ok. godziny 20. Pojechał w stronę Warszawy. Na obiad zjadł kurczaka po prowansalsku.


O wizycie tej tak napisał Gazeta Warszawska : ”Łowicz , 18 grudnia 1806 r.„Cesarz Napoleon Zbawca narodu Polskiego przybywszy tu dziś o godzinie w pół do czwartey po południu, stanął w domu JPana Kosierkiewicza. Obiadując u małego stołu z Xięciem Neuchatel, Ministrem woyny, Marszałkiem Berthier, kazał przywołać gospodarza domu, i uczynił mu pytania względem ceny w tym mieście rozmaitych towarów. Po skończonym obiedzie wyjechał konno. Zebrany lud na ulicach, dla okazania N. Panu radości swoiey, napełniał powietrze okrzykami: Niech żyje Wielki Napoleon”.

W drugiej połowie 1806 roku forpoczty francuskie dotarły do Łowicza, ustanowiono komendę wojskową .Komendant placu Jan Jakób Le Blanc 15 października, zajął kwaterę u Antoniego Zawadzkiego, najzamożniejszego kupca i obywatela miasta .W mieście urządzono magazyn na potrzeby wojsk kwaterujących i przechodzącej armii. Znaczne dostawy były bardzo uciążliwe nie tylko dla miasta, ale i dla całego Księstwa Łowickiego. Wojska Napoleona rozkwaterowały się w całym mieście, zajęły gmachy pobernardyńskie, w gmachu misjonarskim urządziły szpital, nie oszczędziły i kościoła pijarskiego gdzie trzymali konie i skład paszy, malowidła (freski) na ścianach poszpecili, tak że po ich ustąpieniu musiały być zabielone , a nawet zeskrobane, ocalały tylko na sklepieniach.

Godzi się tu zaznaczyć, że zawadiacki szwagier i namiestnik Napoleona, marszałek Joachim Murat, Wielki .Książe . Kliwji i Bergu, który od 25 do 27 listopada miał w Łowiczu swą główną kwaterę, był po prostu upojony świetnym przyjęciem. 28 listopada, po nowych owacjach i iluminacjach w Sochaczewie i triumfalnym wjeździe do Warszawy, raportował Napoleonowi, że żołnierze francuscy byli:

,,tout le chemin accueilli par tout le monde comme des frères." ,przez całą drogę przyjmowani przez wszystkich, jako bracia.

We wtorek 16 grudnia ,opuścił Napoleon Poznań, jechał na małym polskim koczu ,gdyż powozy nie nadawały się do ówczesnych polskich dróg ,które zamieniły się w kałuże błota ,z powodu odwilży i słoty, oraz przemarszu wojsk i przejazdu artylerii . Miejscowy komendant placu Le Blanc, podpułkownik dziewiątego regimentu kirasjerów Wielkiej Armii, wystosował, w związku z mającym nastąpić przejazdem Napoleona przez Łowicz, takie pismo do magistratu łowickiego:


,,Magistrat obowiązany jest powiadomić mieszkańców, aby iluminowali swe domy od godziny 6 wieczorem do rana, na cześć bawiącego w mieście Najjaśniejszego Cesarza i Króla. Czynię magistrat odpowiedzialnym za wykonanie niniejszego polecenia. Le Blanc".


Zaniepokojony magistrat wydał zaraz następującą odezwę:


"Na fundamencie rozkazu od J. M. P. Komendanta na być całe miasto iluminowane na przyjazd Naj jaśn. Cesarza i Króla, która to iluminacja ma być od wieczora (?) do rana trwać i w nieposłuszeństwie tego i kara cielesna nastąpi. Łowicz - 17 decem . bris 1806 r. ''


17 grudnia o pierwszej po południu przyjechał cesarz do Kutna ,tegoż samego dnia wieczorem oczekiwano Napoleona w Łowiczu .Komendant placu Le Blanc, bardzo się gorączkował, spodziewając się lada chwila przyjazdu Napoleona, napisał w swym poleceniu ,że cesarz już "joue" à Lowicz. A tu jak na złość ,iluminowany od wieczora do rana Łowicz na próżno czekał ,Zbawcy narodu Polskiego , Najjaśniejszego Cesarza i Króla ,który zdrzemnął się tej nocy w Kutnie .

W czwartek z samego rana Napoleon ,wysłał rozkaz do generała Clarke 'a ,gubernatora w Berlinie ,aby ogłosił w gazetach berlińskich ,że nieporozumienie panuje pomiędzy Prusami i Rosją .Przed południem kocz cesarski otoczony eskortą strzelców konnych gwardii ,ruszył traktem pocztowym do Łowicza .O wpół do czwartej po południu ,drogą koło dzisiejszej szkoły rolniczej ,a następnie przez most na Bzurze wjechał zabłocony koń cesarski na Rynek Starego Miasta i zatrzymał się przed oberżą ,domem Kosierkiewicza oznaczonym nr.137.Położony w głównej części miasta dom ,oberża Ignacego Kosierkiewicza ,wyróżniał się od wielu innych domów ,wówczas przeważnie zaniedbanych i zrujnowanych pewną reprezentacyjnością. Był od cokołu pod gzyms murowany jednopiętrowy ,kryty dachówką holenderską .Posiadał frontową dość kształtną facjatę ,ozdobioną figurą ,oraz balkon ,który podpierały drewniane karjatydy. Pokoje całego parteru miały sklepienia. W podwórzu zabrukowanym ,znajdowały się drewniane zabudowania ,obszerne wozownie i stajnie.

Gospodarz domu przygotował na przyjęcie cesarza odpowiednie pokoje .Napoleon po przywitaniu ,wprowadzony został do swych pokoi ,które zaraz zapełniły się generałami ,adiutantami ,sekretarzami itp. Wkrótce podano obiat ,jak zawsze bardzo skromny ,Cesarz chmurny i posępny ,jadł ,, u małego stołu' 'z pogodnym i uśmiechniętym marszałkiem Berthierem. Przy stole usługiwał Constant ,premier valet de chambre de l'empereur. Podczas obiadu kazał przywołać gospodarza domu ,i uczynił mu pytania :
,,par rapport au prix de divers produits de base dans cette ville''

Tym czasem wieść iż Napoleon przyjechał do miasta rozeszła się nadzwyczaj lotem błyskawicy .Mieszkańcy wylegli na ulice i zebrali się przed domem Kosierkiewicza ,oczekując z coraz większą niecierpliwością ukazania się cesarza Francuzów .Pogrążonego w myślach Napoleona niewiele obchodziły owacje, rozlegające się na rynku łowickim. Zresztą nigdy nie upajał się okrzykami, nawet najbardziej entuzjastycznymi. Przysłuchiwał się im zawsze z obojętnością. Po szybkim spożyciu posiłku i wypiciu lampki wina, siedział nad papierami i planami, bądź chodził po pokoju tam i na zad, w swym ulubionym zielonym mundurze strzelców gwardii, ozdobionym wielką gwiazdą i krwawą wstęgą Legi honorowej .

Godzi się też zaznaczyć, że komendant placu Jan Jakób Le Blanc ,ognisty Francuz - wdowiec ,podczas swego 2-miesięcznego pobytu w Łowiczu ,zakochał się w siedemnastoletniej córce Pana oberżysty Kosierkiewicza ,Juliannie ,z którą ożenił się następnego roku .Szczęśliwi - Małżonkowie widziani byli w okolicach Łowicza po wyprawie do Rosji, z której wracali do Francji.

W r. 1812 przez Łowicz znów przeciągały wojska francuskie i przejeżdżał Napoleon. A po ich odwrocie miasto zapełniło się szpitalami i każdy mieszkaniec musiał przyjąć i wykarmić 12 do 15 żołnierzy; nadto rozsyłano „tych zgłodniałych gości do wszystkich okolicznych wiosek na żer.....

Pobyt Francuzów w mieście Łowiczu można sobie ,,osłodzić złotem armii Napoleona '' ,
a raczej tablicą ?



W 1981 roku na ścianie  kamienicy, w której mieścił się Hotel Imperial odsłonięto tablice pamiątkową. Napis na niej głosi: 
„Po zwycięstwie pod Jeną i Auerstedtem zatrzymał się w tym domu 18-XII 1806 r. w drodze do Warszawy Napoleon Wielki Cesarz Francuzów”.

Wracając do kamienicy na ulicy Podrzecznej.

W 1830 roku w domu tym pomieszkiwał feldmarszałek wojsk Rosyjskich Iwan Fiodorowicz Paskiewicz ze sztabem. Feldmarszałek wielce cenił miasto Łowicz jako punkt strategiczny. Jako wódz naczelny wojsk Imperium Rosyjskiego w kampanii 1830-1831 przeciwko Polsce stłumił Powstanie Listopadowe .Takie samo zdanie o Łowiczu wyraził i sam cesarz „Napoleon I, z łaski Boga i Konstytucji cesarz Francuzów, król Włoch, protektor Związku Reńskiego, mediator Konfederacji Szwajcarskiej, etc,..który w  Łowiczu  zabawił dwa razy .Raz jak organizował kampanię wojenną przeciwko Rosji i drugi raz po przegranej wyprawie wojennej.








niedziela, 30 czerwca 2024

Zwangsarbeiterlager -Małszyce - Kapituła -Mysłaków (1940 -1945 r.)


 Po zakończeniu kampanii wrześniowej i wprowadzeniu cywilnej władzy okupacyjnej, administracja zaczęła wprowadzać szereg restrykcyjnych zarządzeń. Często stosowanymi formami nękania ludności polskiej  i żydowskiej w celu wytworzenia psychozy ciągłego zagrożenia, strachu  były aresztowania i wywóz do obozów koncentracyjnych lub organizacja takich obozów na miejscu .W pobliżu  Łowicza , okupanci niemieccy zorganizowali  trzy takie obozy .Zostały wybudowane przez grupę Gospodarki Wodnej ,Wydział Wyżywienia i Rolnictwa , Generalnego Gubernatorstwa ,a bezpośrednio były kontrolowane przez Powiatowy Urząd Wodno-Melioracyjny w Łowiczu.


Zwangsarbeiterlager -Małszyce

Pierwszy obóz pracy przymusowej ( zwangsarbeiterlager) utworzono w lipcu 1940 r nad Bzurą na polu Jana Miziołka ,nieopodal ruin zamku prymasowskiego ,miał powierzchnię około 8000 m 2.Składał się z trzech drewnianych baraków, dwa były przeznaczone dla ,,więźniów''  .Teren obozu otoczony był ogrodzeniem z drutów kolczastych i wieżami strażniczymi na rogach. W obozie tym jednorazowo znajdowało się około 150 osób.

Od września 1941 r. do początku roku 1943 Małaszyce zamieniono na przejściowy obóz jeniecki dla żołnierzy radzieckich w liczbie około 1000 osób.

(Po wojnie obozowe baraki przeniesiono z Małszyc do Łowicza, jeszcze na początku lat 80. XX w. pełniły funkcję komunalnych budynków mieszkalnych )

Drugi zwangsarbeiterlager został założony wiosną 1941 r.w budynkach gospodarskich starego młyna rzecznego tzw : Kapituły, teren otoczono trzymetrowym płotem z drutu kolczastego ,w obozie jednorazowo było przetrzymywanych około 500 osób.

młyn na rzece Bzurze, tak zwana Kapituła

Trzeci zwangsarbeiterlager został założony w miejscowości Mysłaków 1941- 1944r.  na ten cel wykorzystano budynki folwarku ,przebywało w nim około 300 osób . 



W początkowej fazie funkcjonowania obozów przebywali w nich Żydzi ,którzy wykonywali pracę przy regulacji Bzury .Prace przy regulacji Bzury prowadziła firma niemiecka ,,Karl Meerman z Frnkfurtu nad Odrą w oparciu o przedwojenne plany polskie .
Straż w obozach w pierwszym okresie pełniła żandarmeria i policja granatowa ,a od wiosny 1941 rekrutujący  się z volksdeutschów,, Lagerschutz ''utworzony w lutym 1941 r.do kierowania obozami i pełnienia w nich służb wartowniczych .Na czele obozu stał komendant Lagerfuhrer ,któremu podlegała cała straż obozowa i który miał nieograniczone prawo karania, więźniów.

Po likwidacji getta i wysiedleniu Żydów do Warszawy w obozach umieszczani byli Polacy za różnego rodzaju wykroczenia np: ubój zwierząt rzeźnych ,handel artykułami spożywczymi ,,szmugiel, niewywiązywanie się z kontyngentów ,poruszanie się po godzinie policyjnej itp.

Tak pisał do burmistrza Skierniewic ,starosta łowicki Claus Volkmann - 15  marca 1943 roku:

,,gmina zalega w dostawie bydła i świń - nie chcę tego stanu dalej tolerować.
Będę zsyłał każdego ,kto nie odstawi kontyngentu ,do obozu pracy  w Małszycach, gdzie przy owocnej i wytężonej pracy ,która wynosić  będzie co najmniej 6  miesięcy ,będzie mógł się zastanowić ,czy nie lepiej zastosować się do otrzymanych zarządzeń ,,

Claus Volkmann 

,,Przyjechałem do Łowicza latem 1943 r. jako komendant okręgu, tam nie mieszkali  już Żydzi''

W swoim nowym miejscu pracy zarządził :

„przeczesywanie elementów zdolnych do pracy , które kręciły ,wałęsały się po okolicy”.

,,Jak muszę stwierdzić, włóczą się stale setki ludzi bez zajęcia po ulicach miasta Łowicza i Skierniewic .
Dlatego zarządziłem, żeby przez ustawiczne kontrole policyjne i łapanki ponownie wszystkie wałęsające się na ulicy zdolne do pracy elementy były schwytane i doprowadzone do Małszyc. Ten stan rzeczy winna sobie jednakże ludność miasta przypisać sama. Wszyscy ci, którzy będą dotknięci, mogą zawdzięczać to tym, którzy nie dopełnili swego obowiązku pracy.''


,,Więźniowie ,,byli zatrudniani przy regulacji Bzury  ,w mleczarni , w majątku Blich ,przy porządkowaniu dróg i ulic, a od drugiej połowy roku 1944 przy kopaniu okopów i budowie umocnień obronnych .Prace zaczynano w zależności od pory roku od godziny 5 lub 6 ,latem praca trwała 13 godzin w zimie 11 ,pracowało się 7 dni w tygodniu z jednogodzinną przerwą na obiad .


/jeden dzień z życia w obozie /

obóz pracy przymusowej - Małaszyce 

Raport sporządzony przez Bronisława Braffa ,delegata Arbeitsamtu.

[...] Na tle tych kradzieży doszło do wielkiej tragedii .
Miało to miejsce 13 czerwca nad ranem .Przy śniadaniu stwierdzono ,że dwóm robotnikom skradziono metalowe numerki ,którymi odróżniano robotników od siebie ,i na podstawie których wydawano im strawę .Numerek taki każdy miał przypięty agrafką do piersi .Dwaj poszkodowani wnieśli zażalenie ,bo odmówiono im wydania kawy i chleba .Strażnik Wasielak Adalbert przeprowadził wobec tego rewizję u wszystkich tych robotników ,którzy spali w baraku w sąsiedztwie poszkodowanych ,u jednego z tych znaleziono prócz własnego numeru dwa obce .Obaj poszkodowani rzucili się wtedy na złodzieja i zaczęli go bić .Znaleźli się koledzy ,którzy w tej bójce również wzięli udział. Działo się to na samym dziedzińcu o godz. ,5-ej rano ,wtedy gdy robotnicy mieli stanąć do apelu .Korzystając z zamieszania z grupy robotników oddzieliło się 6-ciu i rzuciło się biegiem przez otwarte wyjście ,kierując się w stronę żyta ,które opodal rosło na szerokiej przestrzeni .
Nie zdążyli jeszcze dobiec do żyta ,gdy ich ten że Wasielak ,strażnik spostrzegł .Zerwał karabin z ramienia ,wycelował w powietrze i strzelił na postrach ,nawołując do zatrzymania się .Uciekinierzy obejrzeli się tylko i dalej uciekali. Wtedy strażnik zniżył karabin i wycelował w najwyższego z nich. Strzał huknął jeden a potem drugi i jeden z 6-ciu padł śmiertelnie ugodzony .Jeden zdążył uciec ,4-ch zaś zdjętych strachem wróciło do obozu .Inni świadkowie stwierdzili , że strażnik nie musiał bynajmniej strzelać ,uciekinierzy bowiem znajdowali się w odległości nie większej jak 40 metrów i mogli być wyłapani przy pościgu.
Zabity został Rozensztajn Abram ,urodzony w 1915 .trafiony kulą dum-dum w pierś .Kula przeszła na wylot ,rozrywając wszystkie tkanki[...]



Wspomnienia  - G. Tcharnesona :

Przez równinę Mazowsza płynie jak srebrna wstęga prastara rzeka Bzura , dopływ Wisły , nad której brzegami kiedyś powstało stare miasto Łowicz.
Wrzesień 1939 rok
Przez wiele dni niebiosa były zachmurzone chmurami unoszącymi się z nieugaszonych i tlących się ognisk, a atmosfera była wypełniona smrodem i zgnilizną.
W końcu, po desperackiej bitwie, choć nie wcześniej niż 9 września, nazistowska machina wojenna zdołała opanować miasto. Stwierdzono, że duże jego fragmenty zostały całkowicie zniszczone przez ciągłe bombardowania z powietrza i ostrzał artyleryjski.
Następnie przybyła grupa strategów nazistowskich, aby ponownie zbadać topografię rzeki i jej okolic. Byli zdecydowani zrozumieć, dlaczego opancerzony Wehrmacht poniósł tak ciężkie straty u wybrzeży Bzury.
Po ich wizycie wydano nowy rozkaz: „Amputuj” rzekę!... Miały zostać odcięte ramiona wodne, które niczym wąż obejmowały serce miasta na odcinku kilku mil ,od wschodu i zachodu jego obrzeża.
Zadanie wykonania tej pilnej i wysoce strategicznej decyzji powierzono żydowskim mieszkańcom. Ale „powierzone” to tylko sposób na powiedzenie…
Łowiccy Żydzi składali się głównie z pietystów, drobnych sklepikarzy i rzemieślników oraz wysiedlonej masy bezrobotnej inteligencji. Nie było wśród nich techników ani inżynierów, a z pewnością nie wiedzieli nic o przesuwaniu rzek i budowaniu kanałów.
Ale z dnia na dzień dra koniczny nazistowski statut zaprzęgną żydowską ludność Łowicza do tego zadania o nadludzkich wymiarach ,wzniesienia „Bzurastroy”, który miał zatamować naturalny bieg Bzury i skierować jej koryto na oddalone o pół mili pola .
Miało to miejsce na początku wiosny 1940 r., niedługo po utworzeniu getta łowickiego – pierwszego getta, które powstało w zajętej przez wroga dzielnicy Warszawy. Jak wszędzie „Judenrat” został zmuszony do wprowadzenia polityki getta i tym samym rozpoczęła się era ciężkiej pracy.
Do pracy nad projektem Bzurastroy codziennie wychodziło 300 par żydowskich rąk roboczych. Ci żydowscy niewolnicy otrzymywali dzienną rację zaledwie 200 gramów chleba i trochę rzadkiej zupy. Umierali jak muchy, osłabieni, wygłodzeni i wyczerpani herkulesowym trudem zatrzymywania gołymi rękami potężnych progów rzeki i zmieniania jej pierwotnego biegu.
Jakiś czas później wśród robotników niewolniczych wybuchła epidemia, która okrutnie zdziesiątkowała ich szeregi. Ale to nie zmusiło nazistowskich demonów do spowolnienia tempa przedsięwzięcia. Każdego dnia trzeba było dostarczać tyle samo rąk roboczych. Zaopatrzenie to zapewniła żandarmeria, przy pomocy policji getta, na czele której stał nieznany młody człowiek – niejaki Neiman, uchodźca.
Wzniesienie gigantycznego muru ziemnego i zmiana kierunku rzeki zajęło ponad cztery miesiące. Z jednej strony góry ziemi wznosiły się z dnia na dzień coraz wyżej, a z drugiej strony góry poległych ofiar z szeregów.
Zniknęła rzeka, a wraz z nią......  Gmina Żydowska[...]






sobota, 22 czerwca 2024

'' Wampir z Łowicza '' (1933-1934)


 W pierwszej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku w Łowiczu i jego okolicach dochodzi do serii brutalnych napadów na  młode kobiety ,które stają się ofiarami mordercy okrzykniętego przez prasę ''Wampirem z Łowicza''




Sprawa bierze swój początek  w lutym 1933 roku .
Przy drodze między Łowiczem a Zielkowicami  na łące w pobliżu stacji PKP  ,policja   identyfikuje zwłoki  24 letniej  Władysławy Brzozowskiej. Oględziny miejsca  znalezienia ciała i ułożenie zwłok,  wskazują na mord na tle seksualnym .
W maju b.r  policja  otrzymuje zgłoszenie o znalezieniu nieprzytomnej Bronisławy Kucharek ,lat  25 ,między wsiami Strzelcew a Łaguszew  .Po przewiezieniu do szpitala kobieta umiera tego samego dnia, nie odzyskawszy przytomności .
I tym razem stwierdzono mord na tle seksualnym.
Dnia 1 lipca  we wsi Niedźwiada zostały zaczepione  przez młodego osobnika dwie 13 letnie dziewczynki pasące gęsi na łące przy szosie poznańskiej , Aniela Okruch  i Natalia Podrażka .Natalia  z przeraźliwym krzykiem rzuciła się do ucieczki, mniej szczęścia miała Aniela, młody mężczyzna wciągną ją w zarośla ,zakrył twarz chustką i zaczął bić. Zaalarmowani krzykiem ,nadbiegli z sąsiedniego pola dwaj gospodarze ,na których widok osobnik ,pomimo pościgu zdołał zbiec. Tego samego dnia po południu przy tej samej drodze przypadkowi przechodnie znajdują  nieprzytomną  18 letnią Aleksandrę Perzynę ,uczennicę  gimnazjum  żeńskiego im Niemcewicza w Łowiczu.

szpital im .św. Tadeusza

W stanie nieprzytomnym dziewczynę przewieziono do szpitala im .św. Tadeusza ,gdzie lekarze walczą o jej życie .Po odzyskaniu świadomości dziewczyna opowiada że zbierała kwiatki na łące gdy została napadnięta , opisuje napastnika   ,którego opis zgadza się z opisem przedstawionym przez wcześniej napadnięte dziewczyny z tej miejscowości. Policja urządza obławę ,aresztuje kilka osób w tym dwóch włóczęgów ,po przesłuchaniach i okazaniu ,nie mając żadnych dowodów puszcza wolno. W mieście i jego okolicach tworzy się psychoza strachu i paniki wśród mieszkańców o grasującym mordercy .Policja jest bez radna ,pościg i wykrycie sprawcy brutalnych napadów na kobiety ,utrudnia również to ,że przez Łowicz prowadzą liczne drogi i szlaki kolejowe przez które przewijają się różni włóczędzy ,bezrobotni poszukujący pracy i.t.p. Do kolejnego zdarzenia dochodzi 28 lipca dwa kilometry za miastem, dwie łowiczanki 16 -letnia Rachela Grossówna i  18 -letnia  Chana Zylberberg  wybrały się na rowerach do Łyszkowic .Gdy znalazły się za miastem wyskoczył z przydrożnych krzaków ,młody osobnik i wśród plugawych przekleństw rzucił się na rowerzystki.
Młodsza z dziewczyn ucieka ,starszej napastnik kradnie rower i oddala się w stronę Łyszkowic .Dziewczyny zgłaszają się na komisariat policji opowiadając o całym zajściu .Policja wszczyna  za napastnikiem natychmiast pościg .Znaleziono go  ukrytego w zbożu w odległości kilku kilometrów od Łowicza. W raz  ze skradzionym rowerem  przewieziono aresztowanego na komisariat w Łowiczu ,gdzie stwierdzono iż jest to 23 -letni Kazimierz Banaszkiewicz mieszkaniec Kobylinek w powiecie brzezińskim. Aresztowany Banaszkiewicz wyjaśnia przesłuchującym go policjantom że chodziło mu jedynie o zabranie roweru ,na którym chciał się dostać do rodzinnej wsi. 

Przełom w śledztwie :


Przełom w śledztwie następuje w lipcu 1934 roku ,po aresztowaniu  20-letniego Tadeusza Ensztajna, we Włocławku który w śledztwie przyznaje się do popełnienia ,morderstw i napaści na kobiety w powiecie łowickim i w okolicach Włocławka.


...niski szczupły ,blady chłopiec, tak słaby na pozór ,że trudno po prostu zrozumieć w jaki sposób - jeśli udowodni mu się winę - mógł on dopuścić się tak straszliwej serii zbrodni na tle seksualnym ...





W sierpniu po 2-dniowej (21/22)rozprawie toczącej się przed sądem okręgowym we Włocławku  ,której przewodniczył  wiceprezes sądu p. Paczuski oraz sędziowie p. Mioduszewski ,p. Sierociński po wysłuchaniu prokuratora  Rzeszewicza, i przesłuchaniu 36 świadków ,sąd ogłasza wyrok o godzinie 10 wieczorem .  

Sąd uznał Tadeusza Ensztajna winnym dokonanych zbrodni na osobach :Marii Liszewskiej zamordowanej w miejscowości Boniewo koło Włocławka , napaści i usiłowanie zabójstwa Anieli Okruch i Aleksandry Perzyny mieszkanek powiatu łowickiego i skazał  go łącznie na 15 lat pozbawienia wolności z pozbawieniem praw publicznych na okres 10  lat. Od pozostałych przestępstw  przypisywanych Ensztajnowi z braku dowodów winy  ,uniewinnił .
Oskarżony w ostatnim słowie powiedział :
,,padłem ofiarą nienawiści, jestem niewinny ,,  




Obrońca oskarżonego adwokat Grinberg podkreślił sprzeczność zeznań świadków i stwierdził ,że właściwie niczego nie udowodniono oprócz napaści na Aleksandrę Perzynę i zapowiedział złożenie apelacji .
Sąd apelacyjny w Poznaniu utrzymał cały wyrok w mocy .


czwartek, 30 maja 2024

Odwiedziny u koleżanki 1943 rok....790 dni koszmaru .

Stanisława Kalisiak 

 Jeden dzień z życia Pani Stanisławy Kalisiak z domu Olak, który zamienił się w 790 dni koszmaru .Przez 790 dni nie była człowiekiem ,osobą ,kobietą  tylko numerem 45748,numerem obleczonym w strój obozowy .Musiała przez te dni ,,wymazać ze sowiej pamięci ''datę urodzin 7 grudnia 1918 i to że mieszkała w Seligowie.  Pewnego dnia w lutym 1943 roku odwiedziła koleżankę Genowefę Kopińską w Jacochowie .Tego dnia do wsi wkroczyło 25 niemieckich żandarmów oraz 5 policjantów ,przyszli do Jacochowa na pieszo ,pozostawiając samochody w sąsiedniej wsi Seligów ..Otoczyli dom Państwa Biernackich w którym przebywała Pani Stanisława .


Wspomnienia Pani Stanisławy:

''A resztowano  mnie i moją koleżankę. Zawieziono nas do Łowicza, gdzie umieszczono nas w piwnicy jakiegoś domu ,w której znajdowało się tylko trochę wody .Przetrzymywano nas tam trzy dni ,a później zostaliśmy przeniesieni do więzienia w Łowiczu. Tutaj byliśmy bici ,szczególnie przez Niemca o nazwisku King. Po pewnym czasie przewieziono nas samochodami do Warszawy na Pawiak .Cudem uniknęłam śmierci ,gdyż na apelu byłam jedną z wyznaczonych do rozstrzelania i czekałam pod murem na egzekucję .Na szczęście nadleciały samoloty ,wśród Niemców zrobiło się zamieszanie i w ten sposób ocalałam .W lutym 1944 roku zostałam wywieziona do Niemiec do miejscowości Ravensbruck  .W podróż założono nam kajdanki ,dano kawałek suchego chleba i butelkę czarnej kawy .Po przyjeździe do obozu w Ravensbruck obcięto nam włosy ,dano parę trepów i pasiaki ,cienką suknię w biało-niebieskie pasy, chustkę na głowę. Rano urządzono długo trwały apel :

Kazano nam się rozebrać do naga i ,,lekarze'', rozpoczynali badania ,odsyłając kobiety ciężarne na lewo ,a pozostałe na prawo.Po badaniach każda więźniarka otrzymała kartkę informującą czy jest zdolna do pracy. Czerwona kartka z adnotacją  ,,niezdolna do pracy '' oznaczała wyrok śmierci .

Na lewym rękawie, zgodnie z wydanym rozkazem musieliśmy , naszyć sobie trójkąt z filcu, określający kategorię, więźnia .

W czasie pobytu w obozie wyrwano mi pięć zębów ,innym kobietom wycinali z nóg kości piszczelowe ,otrzymaliśmy zastrzyki wstrzymujące menstruację .Pracowaliśmy bardzo ciężko w lesie lub wybieraliśmy piach z pobliskiej rzeki .Na obiad dawano po jednej łyżce wazowej zupy z brukwi .Każdy nosił ze sobą garnuszek i łyżkę ,jeśli zdarzyło się tak  że  ktoś zgubił nie dostawał jedzenia .W baraku pilnowały nas blokowe i sztubowe. Rozdawały jedzenie, a jeśli któraś z nas odezwała się z czymkolwiek, dostawała chochlą po głowie, tak że lała się krew. Obozowe życie było obwarowane wielką liczbą rygorów. Apele były o trzeciej lub czwartej nad ranem. Syreny wzywały do wyjścia z baraków nawet w siarczysty mróz.  Trzeba było wyjść z bloku i stać na placu - Wychodziły esesmanki i liczyły. Stać trzeba było równo, jak w wojsku. Bo jak nie, to szczuły psami, biły pejczami.

W styczniu 1945 roku esesmani czuli zbliżający się koniec wojny. Chcieli zatuszować ślady zbrodni. Robili czystki wśród więźniarek. - Pędzili nas nago przed blokiem, gdzie przy stoliku siedział już esesman, dr Winkelman, w asyście dwóch esesmanek Zaczęli nas dzielić. Te na lewo szły do pracy, te na prawo do komory gazowej. Wystarczyło mieć bliznę po operacji ślepej kiszki, żeby dołączyć do tych do spalenia. Każda z nas drżała. 

.W końcu kwietnia 1945 roku obóz został wyzwolony przez Armię Czerwoną . 


Dostaliśmy paczki żywnościowe z Czerwonego Krzyża i mogliśmy wrócić do domu .

Po drodze spotkaliśmy znajomego nazwiskiem Bodek zamieszkałego w Pszczonowie ,który się nami zaopiekował .Przebraliśmy się w znalezione w opuszczonym domu ubrania. Bodek wyruszył w dalszą drogę rowerem ,a my szliśmy przez trzy tygodnie do  Starogardu Szczecińskiego .Stamtąd pociągami i pieszo  dotarłam do domu. ''    

Św. p Pani Stanisława ,przeżyła dwie egzekucje. Jedną w lesie zaraz po wyprowadzeniu ze wsi Jacochów i drugą będąc więźniem bez wyroku na Pawiaku w Warszawie .Zmarła jako mieszkanka miejscowości - Łyszkowice Kolonia ,pod troskliwą opieką synów i córki.


   

Ravensbrück były obóz koncentracyjny dla kobiet, który miał 34 podziałów satelitarnych. Położony obok jeziora Schwedt, około 50 mil na północ od Berlina.

KL Ravensbrück istniał ponad sześć lat (1939–1945). Do 1942 roku był największym i jedynym kobiecym obozem na terenie III Rzeszy. Przez jego bramę przeszło około 132 tysiące kobiet 27 narodowości. Polki stanowiły najliczniejszą grupę – blisko 40 tysięcy. Z powodu wycieńczenia, chorób, rozstrzeliwań, prześladowań, eksperymentów pseudomedycznych wykonywanych na więźniarkach i katorżniczej, niewolniczej pracy zginęło ponad 30 tysięcy Polek. Pod koniec 1944 roku uruchomiono komorę gazową, w której zgładzono blisko sześć tysięcy osób.




sobota, 18 maja 2024

"Gdzie jest twój syn ? ten bandyta!"./1943 r./


 Fragmenty wspomnień Pana Mariana Wach z lat okupacji niemieckiej w miejscowości Słomków gm. Maków ,pow. Skierniewicki. 


''Ja wiem, że pójdę do nieba. Bo w piekle już byłem''

[...]Była w naszej wsi pewna kobieta-  Bronisława, której mąż Julian Starzec w czasie okupacji ,pracował jako Bahnschutzpolizei (BSP) (Policja Ochrony Kolei) na stacji kolejowej w Skierniewicach. A ona podobno łajdaczyła się z Niemcami. Oskarżyła mnie i mojego kolegę Mariana Bodka oraz czterech rówieśników mojego Ojca ;

Stanisława Bartosiewicza ,Adama Maciejaka ,Władysław Reczulskiego i Konstantego Wołyniuka ,o ścięcie słupów telefonicznych, nielegalne posiadanie broni i przynależność do ruchu oporu. Ta kobieta groziła potem, że jeśli jej się coś stanie, cała wieś pójdzie z dymem.

28 maja 1943 roku - Niemcy podjechali ciężarowymi samochodami, które zostawili w lesie "bażantarni" i obstawili całą wieś szczelnym kordonem. Na podwórku naszego gospodarstwa zobaczyłem ośmiu niemieckich żołnierzy ,waląc do drzwi naszego domu, wyszła mama :słyszałem jak pytali o mnie "Gdzie jest twój syn Marian - ten bandyta!".

Wymknąłem się z domu, bo wiedziałem, że jak „bandyta” to kulka w łeb. Zabrałem ze sobą motykę, żeby w razie czego powiedzieć, że idę obsypywać ziemniaki. Nie wiedziałem, że cała wieś jest obstawiona tak, że nawet mysz by nie uciekła. Nagle kula przeleciała mi koło ucha i usłyszałem „hände hoch!”. Potem Jakubowski, polski granatowy policjant, puknął mnie kolbą w czoło i polała się krew. Spytał: „Jak się nazywasz, czegoś się nie zatrzymał?”. Ponieważ słyszałem wcześniej, że jestem bandytą, zmieniłem swoje nazwisko. Podałem: Myszka [...]  

[...] Spojrzałem w niebo, bo wiedziałem, że idę na śmierć. Skuli mnie razem z Marianem Bodkiem i zaprowadzili do młyna. Stała tam nieużywana studnia, ogrodzona akacjowymi kijami. Tak nas bili tymi kijami, że nie mogliśmy utrzymać się na nogach. Zatłukliby nas żywcem, gdyby nie to, że nagle padł strzał. Okazało się, że strzelali do mojej siostry Janiny, która się temu wszystkiemu przyglądała z rowu. Nie wiem dlaczego, ale zaraz potem przestali nas bić[...]

Była godzina 13.00. ,Nie oskarżoną młodzież wywieziono na przymusowe roboty do llI Rzeszy. Nas sześciu do miejscowego aresztu w Skierniewicach....18 czerwca naszą szóstkę i jednego ze współwięźniów pociągiem osobowym mnie i Bodka w kajdankach przewieziono do więzienia, Pawiak"....

Z 5 na 6 sierpnia 1943 współtowarzyszy niedoli powitał napis ''Arbeit macht frei ''


cmentarz parafialny Maków / pow. skierniewicki 

cmentarz parafialny Maków / pow. skierniewicki 


Gdyby nie ona, pewnie pana życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wybaczył jej pan?

Nie. Jako katolik powinienem, ale to za ciężka sprawa. Jakby zrobiła to tylko mnie, to może bym wybaczył. Ale doniosła też na Bartosiewicza, niewinnego ojca samotnie wychowującego siedmioro dzieci. Jak miała sumienie?


 Marian Wach podczas  ceremonii składania wieńców przed krematorium miejsca pamięci Mittelbau-Dora w Nordhausen w Niemczech, 10 kwietnia 2017 r

Był koniec maja 1945 roku .

[...]Gehenna moja trwała dwa lata.
  ... Już do domu jechałem pociągiem, przez Krzyż, Piłę, Bydgoszcz, Toruń, Kutno, Łowicz - dojechałem do Skierniewic. Pierwsze kroki skierowałem do cioci ,która mieszkała blisko dworca .Idąc przez podwórko z okna ujrzała mnie bratanica Helena .Wszedłem do mieszkania ,a ona zapytała mnie :Kim Pan jest i czego Pan chce''. Nie poznała mnie .Nic dziwnego ,ważyłem zaledwie 38 kg., zarośnięta twarz a na całym ciele egzema ,wyglądałem jak potwór. W tym momencie weszła ciocia Józefa :,,Boże !Marian wróciłeś!''
Aresztowani ze mną nie wrócili z obozów, zostali zamordowani Marian Bodek wrócił 16 lipca 1945 roku. opowiadał jak udało mu się uciec spod szubienicy, schował się w łaźni. Na jego miejsce wzięto innego więźnia (można to określić jako cud) [...]


























 Marian Wach podczas  ceremonii składania wieńców przed krematorium miejsca pamięci Mittelbau-Dora w Nordhausen w Niemczech, 10 kwietnia 2017 r

20.12.2016 
Ja wiem, że pójdę do nieba. Bo w piekle już byłem.

Jak to możliwe, że 16-letni chłopak, który nie należy do żadnej organizacji, zostaje więźniem politycznym? Co stało się 28 maja 1943 roku?

Ośmiu gestapowców zapukało do drzwi i zapytało moją mamę: „Gdzie jest twój syn, ten niebezpieczny bandyta?”. Wymknąłem się z domu, bo wiedziałem, że jak „bandyta” to kulka w łeb. Zabrałem ze sobą motykę, żeby w razie czego powiedzieć, że idę obsypywać ziemniaki. Nie wiedziałem, że cała wieś jest obstawiona tak, że nawet mysz by nie uciekła. Nagle kula przeleciała mi koło ucha i usłyszałem „hände hoch!”. Potem Jakubowski, polski granatowy policjant, puknął mnie kolbą w czoło i polała się krew. Do dziś mam wklęsłą czaszkę. Spytał: „Jak się nazywasz, czegoś się nie zatrzymał?”. Ponieważ słyszałem wcześniej, że jestem bandytą, zmieniłem swoje nazwisko. Podałem: Myszka.

Ze strachu zmienił pan nazwisko, a policjant potraktował je jako pseudonim…

Ja wtedy nie wiedziałem nawet, co to jest pseudonim. Skończyłem cztery klasy szkoły podstawowej, nie należałem do żadnej organizacji, nawet nie wiedziałem o jej istnieniu. Byłem Bogu ducha winien…

Więc - tak naprawdę - dlaczego pana aresztowali?

Do dziś nie wiem, czym zawiniłem… Była w naszej wsi pewna kobieta, Bronisława. Jej mąż podpisał folkslistę, a ona podobno łajdaczyła się z Niemcami. Poszła na rękę władzy i oskarżyła mnie, mojego kolegę Mariana Bodka i czterech kolegów mojego ojca o ścięcie słupów telefonicznych, nielegalne posiadanie broni i przynależność do ruchu oporu. Ta kobieta groziła potem, że jeśli jej się coś stanie, cała wieś pójdzie z dymem. Nie podjęto decyzji o jej likwidacji, bo było zbyt duże ryzyko.

Gdyby nie ona, pewnie pana życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wybaczył jej pan?

Nie. Jako katolik powinienem, ale to za ciężka sprawa. Jakby zrobiła to tylko mnie, to może bym wybaczył. Ale doniosła też na Bartosiewicza, niewinnego ojca samotnie wychowującego siedmioro dzieci. Jak miała sumienie?

Tamtego dnia, gdy założyli panu kajdanki, pomyślał pan, że to już koniec?

Spojrzałem w niebo, bo wiedziałem, że idę na śmierć. Skuli mnie razem z Marianem Bodkiem i zaprowadzili do młyna. Stała tam nieużywana studnia, ogrodzona akacjowymi kijami. Tak nas bili tymi kijami, że nie mogliśmy utrzymać się na nogach. Zatłukliby nas żywcem, gdyby nie to, że nagle padł strzał. Okazało się, że strzelali do mojej siostry Janiny, która się temu wszystkiemu przyglądała z rowu. Nie wiem dlaczego, ale zaraz potem przestali nas bić.

Nie spodziewał się pan, że to dopiero początek…

Byłem zalany krwią. Wszystko spuchnięte - ręce, nogi. Zabrali mnie i Mariana do miejskiej łaźni. Tam nasi ojcowie przekupili żandarmów i podali nam czystą odzież. Potem zaprowadzono nas do aresztu. Mnie zamknęli w celi nr 1 - celi śmierci. Beton i ciemno, taka nora. Na drugi czy trzeci dzień zabrali mnie do gestapo. Ustawili coś w rodzaju „kozła”, przywiązali mi ręce i nogi i zaczęło się przesłuchanie. Bili pejczami po całym ciele, ale nie będę o tym mówił. Okropność. Gdybym naprawdę czymś był, tobym się przyznał. Ale jak ja miałem być przestępcą?

W czerwcu 1943 r. przewieziono pana na Pawiak. Jak wyglądało to więzienne życie?

Zamknęli nas w celi nr 230. Leżały tam sienniki, niby ze słomy, ale była to prawie sieczka. Gnieździły się w nich tysiące pcheł. Atakowały ciało. Pewnego dnia przewieziono nas do głównej siedziby gestapo na Szucha. Tam rozpoczęło się kolejne przesłuchanie. Mówili, że jak się przyznam, to przestaną bić, ale przecież nie miałem do czego się przyznać! Po południu zamknęli mnie w celi śmierci nr 256. Tam się tylko modliłem…

Kiedy trafił pan do Auschwitz?

5 sierpnia 1943 r. zawieźli nas na stację Warszawa Główna i wepchnęli do wagonu. Myślałem o ucieczce - taka możliwość była. Ale zapowiedzieli, że za jakiekolwiek wybryki zostanie rozstrzelana rodzina.

Co pan zobaczył, gdy pociąg się zatrzymał?

Przywieźli nas nad ranem, 78 więźniów. Psy, automaty, kopniaki. Biegliśmy truchcikiem. Otworzyła się brama. I co? Niemców nie ma, nikogo nie ma. Myślimy: co się stało? O 5.00 usłyszeliśmy gong. Wysypało się kilka tysięcy więźniów. Można było chodzić, rozmawiać, więc pojawiła się nadzieja życia.

Jak zapamiętał pan przyjęcie do obozu?

Funkcyjni więźniowie każdemu wybijali na lewym przedramieniu numer obozowy. Ja otrzymałem: 135701. Następnie każdego golono z wszystkich miejsc owłosienia. Sprawdzali, czy ktoś jest obrzezany, zaglądali do ust. Po oględzinach kazali nam się umyć i wydali nam „pasiaki” - spodnie, koszulę, marynarkę, okrągłą czapkę, kalesony i buty drewniaki.
Mówili, że jak się przyznam, to przestaną bić. Tylko że ja nie miałem się do czego przyznać, bo nic

Jak wyglądał dzień w Auschwitz?

O piątej była pobudka i słanie łóżek - musiały być równe jak pudełka od zapałek! Potem mycie i śniadanie, czyli 15 dag chleba, czasem kostka margaryny i pół litra lury, niby-kawy. Wychodziliśmy przed blok i musieliśmy wykonywać różne ćwiczenia, „padnij - powstań”, „żabki”. Potem szliśmy do pracy. Mnie i kolegę przydzielili do Auschwitz III Buna-Werke. Ponieważ nie miałem żadnego zawodu, dostałem się do komanda murarskiego. Mój kapo Wili Besch powtarzał: „Marian, nie rób nic, ale pilnuj się, żeby tego nie widzieli esesmani”.

Z 375 dni spędzonych w obozie, 205 spędził pan w szpitalu. Jak do tego doszło?

12 grudnia 1943 r. dostałem 41 stopni gorączki i upadłem na Appelplatzu. Zanieśli mnie do obozowego szpitala, tzw. Krankenbau. Tam trafiłem na polskiego lekarza Antoniego Makowskiego. Powiedział od razu: „Mów mi Antek”! Miał trochę ponad 30 lat. Ale przez gardło by mi nie przeszło, żeby powiedzieć lekarzowi po imieniu!

Na co pan zachorował?

Miałem wodę w dwóch płucach. Doktor Makowski kombinował dla mnie zastrzyki, bo działał w obozie ruch oporu i zza drutów dostarczali nam leki. Lekarz zapowiedział operację na następny dzień. Miał mi włożyć do płuca gumową rurkę, żeby woda mogła wypływać na zewnątrz. 
A ja w nocy, z ogromnym wysiłkiem wykrztusiłem pełną miskę flegmy. Podejrzewam, że wrzód z ropą pękł. Operacja była już niepotrzebna.

W szpitalu odbywały się selekcje...

Przyjeżdżał elegancko ubrany lekarz. Tych, co się nie nadawali albo za długo leżeli, pakowano do suki. Ja byłem tak słaby, że bym się nie podniósł, więc na pewno trafiłbym do krematorium w Brzezince. Ale dr Makowski zdążył mnie wsadzić do trupów.

Co zrobił??

Położył mnie w pomieszczeniu, w którym leżały ciała zmarłych pacjentów. „Nie żyjesz i koniec!” - powiedział. Leżało tam chyba 6 trupów. Jak już odjechali - trwało to ok. godziny - sanitariusze przynieśli mnie z powrotem do łóżka. Dopiero po wojnie, jak odszukałem tego lekarza w Warszawie, to mi powiedział: „Ja ratowałem szczególnie młodych, dlatego i ciebie, Marianku, syneczku”.

Czy któreś z obozowych doświadczeń jeszcze tak silnie zapisało się w pańskiej pamięci?

W obozie codziennie wieszali, palili, unicestwiali. Ale dwa zdarzenia pamiętam szczególnie. Widziałem, jak przywieźli Polaka, który pół roku wcześniej uciekł z obozu. Złapali go w Krakowie. Zgolili mu głowę. Miał na sobie tarczę z napisem: „No cóż koledzy, jutro będę powieszony”. Można było mu pomóc? A skąd! Prowadzali go po obozie, żeby wszyscy widzieli, jak kończy się ucieczka, a potem powiesili. Byłem bardzo blisko szubienicy. Postawili go na stołku i zakneblowali usta, więc nie mógł nic wyraźnie powiedzieć. Ale ja słyszałem, jak wymamrotał: „Pomścijcie bracia faszyzm”. Dlaczego go pamiętam? Bardzo długo się szarpał. Esesman pociągnął go w końcu za nogi i skończył życie.

A drugie wydarzenie?

Niemiecki kapo Wili Besch zebrał czterech czy pięciu mężczyzn koło mojego łóżka w namiocie. Po chwili skoczył na jednego Niemca, złapał go za ręce i nogi, i trzymał, aż ten skonał. „Nikt nic nie widział” - krzyknął. Wzięli trupa na wózek, zawieźli do pieca i po krzyku.

Kim był ten człowiek?

Prowokatorem-donosicielem.

A co stało się z pana kolegą, Marianem Bodkiem?

Zdziesiątkowali go. Kiedy jeden więzień uciekł, dziesięciu szło za to na śmierć. Wracałem wtedy z pracy i tylko mu pomachałem ze łzami w oczach, ale już szubienicy nie widziałem. Kiedy wróciłem do domu, powiedziałem jego rodzicom, że został powieszony. Zamówili mszę za jego duszę. A on 16 lipca 1945 r. przychodzi do domu. Wyobraża sobie pani? To znaczy, że kłamałem! Okazało się, że Marian uciekł i schował się do obozowej łaźni.

Z Oświęcimia trafił pan do Buchenwaldu.

15 sierpnia 1944 r., kiedy zbliżała się Armia Czerwona, wszystkich więźniów-Polaków skierowano właśnie do Buchenwaldu. Dostałem tam numer 79444. Po dwóch dniach kilkuset z nas skierowano do „Dory” - obozu koncentracyjnego, który był filią Buchenwaldu. Tam produkowano rakiety V-1 i V-2.

Czy tam też udało się panu spotkać dobrych ludzi?

W tym obozie miałem naprawdę dużo szczęścia. Majster Jochan Kamman, który nas nadzorował, przynosił mi kanapki. Nie dawał ich do ręki, tylko chował w jakąś dziurę, a ja zjadałem je w ubikacji. Niech mi pani wierzy, że on tak się jakoś zaprzyjaźnił ze mną, bo jego syn też miał 17 lat. Powiedział mi kiedyś: „Hitler jest wielką świnią i największym bandytą na świecie. Tylko trzymaj pysk!”. Jego kanapki uratowały mi życie. Nogi bym mu ucałował.

W „Dorze” masowe mordowanie więźniów też było na porządku dziennym?

W tym obozie tysiące więźniów umarło z głodu. Ale pewnego dnia zrodził się też bunt, za który wielu otrzymało karę śmierci. Pracowałem wtedy bardzo blisko szubienicy i widziałem, jak co godzinę wieszali 4 więźniów. Powiesili ich około 300.

5 kwietnia 1945 roku wysłali nas, 500 więźniów, do Ravensbrück. Po 10 dniach drogi pieszo i pociągiem zostało nas już tylko 80. Jakim cudem ja przeżyłem? Byłem dobrze zbudowany. Żaden mróz, żaden deszcz był mi niestraszny. Tak jak mojemu ojcu, który przyszedł z Rosji na piechotę. A taki, co był wychowany w pieleszach, ile mógł wytrzymać?

30 kwietnia 1945 r. odzyskał pan wolność. Jak wyglądał powrót do domu?

Wróciłem w stanie opłakanym. Zaskorupiały, egzema, zarost, gruźlica, padaczka. Wstąpiłem do cioci koło stacji kolejowej. Zobaczyłem moją siostrzenicę Helę, studentkę. „Pochwalony!” - mówię, a ona: „Kto pan?”. Dostałem pół jajka, herbatę, jakieś ciastko. Położyli mnie spać. Podobno miałem otwarte oczy i usta, a oddech konającego. Dali znać do rodziców, że jutro przyjadę.

Kto pana przywitał?

Wyszło pół wsi. Ze stacji do domu miałem około 2 kilometrów. Niedużo, ale co 50 metrów musiałem odpoczywać. Nikomu nie przyszło do głowy wziąć taczkę. Szedłem ze 3 godziny. W końcu wyszła mama z bratem Tadkiem.

Ważył pan wtedy 38 kilogramów.

Padaczkę wyleczyłem, płuca wyleczyłem. Musiałem jeść jakieś zupki, kaszkę mannę, takie tam. Ojciec łapał psy i robił z nich smalec, a mnie wmawiano, że to tran. Ktoś podpowiedział, że trzeba jakieś szyszki jeść, czubki z młodej sosny. Mama to gotowała i dawała mi do picia na płuca.

Pomogło?

Tak naprawdę po latach wyleczyłem się streptomycyną, a nie szyszkami czy smalcem. Brat żony był pilotem w Dywizjonie 303. Jego żona przysyłała mi leki z Londynu.

Ale ta streptomycyna przysporzyła też panu kolejnych kłopotów…

Dostawałem ją w paczkach zagranicznych, więc zajęła się mną bezpieka. Zrobili mnie szpiegiem. Nie zmyślam. To był rok 1950. Dostałem wezwanie do bezpieki. Taki gówniarz, młodszy ode mnie krzyczy: „Przyznajecie się do związku mającego na celu zbrodnię przeciwko państwu ludowemu?”. Dostałem jakiegoś szału. „Jak macie rozstrzelać, to rozstrzelajcie teraz!” - zawołałem. Jakoś mnie stamtąd wypuścili, ale nie dostałem pracy.

Czy po tym wszystkim udało się panu znaleźć miejsce na ziemi?

Ożeniłem się, pojechałem na Kujawy. Nauczyłem się prowadzić gospodarstwo, które przepisałem potem synowi. Córki wykształciłem.

I teraz, gdy ma pan prawie 90 lat, wciąż odwiedza pan miejsca największego cierpienia z czasów II wojny światowej. Skąd bierze pan siłę?

Słyszałem te jęki, widziałem, jak unicestwiali ludzi. To było piekło na ziemi. Wie pani, ja i tak pójdę do nieba, bo w piekle już byłem. Teraz mam szczególny obowiązek o tym mówić. Jestem żywą historią. Dlatego opowiadam o tym młodzieży niemieckiej.

A polskiej nie?

Jeździłem na zaproszenia szkół, ale młodzież mówiła: „Co ten dziadek opowiada?”. Nie chcieli wierzyć. Więc w końcu przestałem do nich jeździć. W Niemczech to co innego. Kiedy mówię, to muchę można usłyszeć. Pytają: „Dlaczego rodzice nam o tym nie powiedzieli?”. Więc do Niemiec jeżdżę co roku. I będę jeździł, dopóki będę mógł.

Boi się pan śmierci?

Nie boję się. Wie pani co? Ja już dawno powinienem być w grobie.


https://plus.gazetakrakowska.pl/ja-wiem-ze-pojde-do-nieba-bo-w-piekle-juz-bylem/ar/11596872

 (Po przejęciu przez Heinricha Himmlera ,kierownictwa nad walką z partyzantką na okupowanych terenach Polski i ZSRR ,na mocy zarządzenia z dnia 31 lipca 1942 r wprowadzono urzędowe terminy. Zastąpiono w oficjalnych dokumentach słowa :
partyzant = bandyta ,partyzantka = banda )





Szajka hien cmentarnych -Skierniewice 1937 rok

  Już od dłuższego czasu na cmentarzu w Skierniewicach nieuchwytna szajka złoczyńców — hien cmentarnych okradała groby, zabierając części me...