Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 12 sierpnia 2025

Bimber i odbicie wozu z amunicją ...1944 r.

 


Oddział  - Armii Krajowej w Skierniewicach - kryptonim "Sroka" w nocy z 12 / 13 października 1944 roku ,podjął się zadania zniszczenia aparatury do produkcji samogonu w miejscowości Borowiny i uświadomienie producentów swojskiego trunku zwanego potocznie ''bimber '', że produkcja na taką skalę jest szkodliwa dla zdrowia ich samych ,a także osób, które się u nich zaopatrują .Ostrzegając przy tym ,że gdy będą musieli wrócić tu jeszcze raz , to wizyta nie skończy się tylko na ustnym upomnieniu .Po wykonaniu zadania 20 ludzi pod dowództwem Wiesława Konstanciaka ps.' 'Bonawentura ''maszerowało drogą wiodącą do lasu w kierunku Skierniewic .

Jest piękna październikowa noc, niebo skrzy gwiazdami ..

W pewnym momencie tylne straże doniosły, że zbliża się jakiś oddział konny. Pada rozkaz sformowania szyku bojowego, tak żeby wpuścić w środek jadących słychać trzask repetowanej broni. Prawie jednocześnie z obu stron słychać wezwanie -Stój, kto wy? Głęboki oddech ulgi, a więc to Polacy. Powoli zbliżają się ktoś kogoś poznaje, następuje serdeczne .powitanie(...) Okazało się, że był to liczący 15 konnych dobrze uzbrojony oddział kawalerii partyzanckiej, która wycofała się z Puszczy kampinoskiej. Dowiedzieliśmy się, że kawalerzyści chcieli się przeprawić na drugą stronę torów kolejowych na linii Skierniewice - Łowicz we wsi Sierakowice.  Gdy zbliżali się do przyjazdu zostali ostrzelani przez Niemców. Po wymianie ognia oddział wycofał się, pozostawiając w odległości około 150 m. od przejazdu 2 wozy taborowe. Na jednym z nich zaprzężonym w 2 konie znajdowała się broń.

Żegnamy się z kawalerzystami i wycofujemy do lasu, gdzie oddział odpoczywa i naradza się. Chłopcy rwą się, aby zabrać broń pozostawioną przez partyzantów. Marzą o ''Stenach'', które o świecie staną się łupem Niemców. Jest to jednak zbyt ryzykowne i dowódca wydaje rozkaz powrotu do miasta. Po przebyciu części drogi decydują, że do miasta wrócą indywidualnie.



Henryk Hanuszkiewicz, ps.''Gawełek'' Tadeusz Kotański, ps. "Drab'' Jerzy Trojański, ps. ''Pawełek '' Karol Zwierzchowski ps. ''Szpilka ''.  Zamiast do domu postanowili pójść do Sierakowic. Ich uzbrojenie stanowił jeden sten i 3 pistolety. Do Sierakowic  droga dość daleka. Po godzinnym marszu docieramy do ul. Ławki  prowadzącej do wsi jest godzina 3:00 - ciemno że o dwa  kroki nic nie widać. Poruszanie po nieznanym terenie staje się coraz trudniejsze i bardziej niebezpieczne. Postanawiamy  poczekać do brzasku. Po przeszło godzinnym szczękaniu zębami pod  jakimś krzakiem idziemy dalej, próbując odnaleźć miejsce potyczki oddziału konnego z Niemcami. Jest już prawie widno, gdy dochodzimy do pierwszych domów w Sierakowicach ''Drab'' idzie do pobliskiego młyna, by zasięgnąć informacji. Dowiaduje się, że nocą we wsi była strzelanina. Co robić ? Postanawiamy zdobyć rower, by przejechać przez wieś i zorientować się w sytuacji. Pożyczamy go w pierwszej chacie ,gdzie pozostaje 3 chłopców jako gwarancja zwrotu roweru. Udaje się w drogę. Sierakowice to typowa mazowiecka wieś, rozciągnięta wzdłuż drogi między rzeką Łupią a torem kolejowym. Pośrodku kwaterują Niemcy .W pobliżu stoi grupa chłopów i przygląda się pozostawionym w nocy wozom. Zapytani mówią o nocnej strzelaninie  i o wozach, które pozostały na drodze, chcą zameldować o nich Niemcom w obawie przed represjami. Proszę ich ,aby nikogo  nie zawiadamiali zaraz to zabierzemy. Powrotna droga dłuży się nielitościwie, kilkakrotnie spada łańcuch roweru. Niemcy z taboru patrzą podejrzliwie na młodego człowieka, jadącego o tak wcześniej porze, ale nie zaczepiają. Wreszcie docieram do kolegów. Informuję ich, że wozy znajdują się w odległości 1,5 km, ale żeby do nich dotrzeć, trzeba obejść stanowiska niemieckie. Postanawiamy iść dolinką wzdłuż rzeki, skąd będziemy niewidoczni. Henryk Hanuszkiewicz i ja wyruszamy jako pierwsi. Za nami w odległości około 100 m, podążają Jerzy Trojanowski i Tadeusz Kotański, którzy mają nas ubezpieczać. Mijamy kwaterę, gdzie stacjonują Niemcy i po przebyciu jeszcze 200 m. wychodzimy na otwarte pole. Naraz nad naszymi głowami rozległa się świst kul. Uciekamy z pola obstrzału i chowamy się na brzegiem rzeki, mieliśmy szczęście Niemcy i chybili. Nie możemy strzelać , pistolety, którymi dysponujemy, mają zbyt mały zasięg. Odwrót jest niemożliwy. Biegiem pokonujemy dystans 150 m. ,by znaleźć się znów na polu. Przy wozach nie ma już chłopów. Szybko porządkujemy uprząż i ruszamy galopem. Bat raz po raz świszczy powietrzu wóz naładowany bronią oddala się z miejsca. Udało mi się z Hanuszkiewiczem wyjechać ze wsi. Henryk wyciągnął 2 zdobyczne karabiny i amunicję. Trzeba było przygotować się na walkę. Zastanawialiśmy się którą drogą wracać do Skierniewic. Droga przez Borowiny była zbyt ryzykowna. Po nocnej akcji oddziału mogli tam być żandarmi, przejazd przez tory kolejowe też nie wchodził w rachubę. Pozostawało zatem jechać na północ przez Bełchów i Dzierzgów. W Dzierzgowie wstąpiliśmy do wiejskiej zagrody, gdzie młoda kobieta poinformowała nas, że 2 km dalej jest niestrzeżony przejazd kolejowy. Udaliśmy się tam ,rozmawiając gdzie teraz się udać .W Jacochowie miałem znajomego .Pojechaliśmy tam polnymi drogami prze Polesie .Na miejsce dotarliśmy koło południa. Zajechaliśmy do młyna w osadzie Kacperek należącego do Henryka Gawełkiewicza .Z pomocą jego syna Kazimierza i Jana Kurzawy rozładowaliśmy wóz .Było tam 28 karabinów ,4 pistolety maszynowe ''Sten'',granaty i około 10 tys. sztuk amunicji ,2 radiostacje oraz sztandar biało - czerwony z orłem :

Oddział Partyzancki por. Lancy .

W gościnnym domu p. Gawałkiewicza nakarmiono nas, a następnie odwieziono do Skierniewic. Szczęśliwie dotarliśmy na melinę oddziału, gdzie złożyliśmy meldunek o przebiegu akcji? Tu zastaliśmy Jerzego Trojanowskiego i dowiedzieliśmy się o losie Tadeusza Kotańskiego. Po kilku dniach Wojciech Motyl przewiózł do Skierniewic zdobycz ukrytą na wozie pod kartoflami. Transport ochraniali. W. Konstanciak .W. Brzeziński K. Zwierzchowski . Ciało Tadeusza Kotańskiego Niemcy kazali zakopać nad rzeką. Po 2 tygodniach ekshumowano zwłoki w obecności Wacława Olszewskiego i przewieziono na cmentarz świętego Józefa w Skierniewicach, do grobowca rodziny Władka Brzezińskiego. Pomimo tajemnicy w dniu w Wszystkich Świętych na grobie było mnóstwo kwiatów i zniczy Broń okupiona życiem Tadeusza Kotańskiego nigdy nie została użyta.








Wspomnienia Jerzego Trojanowskiego:

Niemcy, którzy prawdopodobnie nie zauważyli ucieczki dwóch pierwszych skoncentrowali pościg na naszej dwójce. Z wioski odległej w tym miejscu od rzeki, około 150 - 200 m. wyruszyła grupa kilkunastu żołnierzy niemieckich , kierując ogień karabinowy na ''Draba'' który był uzbrojony w widoczny z daleka karabin. Po przebiegnięciu połowy wzniesienia Tadeusz śmiertelnie raniony w serce ,padł twarzą do ziemi. Ja natomiast po niezbyt skutecznej próbie zatrzymania Niemców kilkoma seriami ze ''Stena'' podjąłem próbę oddalenia się do odległego o około 3 km skraju Puszczy Bolimowskiej. Kiedy wybiegłem na płaskie, odkryte pole dzielące rzekę od wsi, Mokra Prawa zrozumiałem, że moje szanse na osiągnięcie upragnionego lasu są niezbyt wielkie. Przekonałem się o tym, kiedy grupa ścigających mnie Niemców osiągnęła kraniec wzniesienia i zupełnie na płaskim polu zaczęła strzelać do mnie w sposób bardzo zbliżony do polowania na zwierzynę łowną. Moje usiłowania zwiększania odległości między nami nie były skuteczne(...)zacząłem tracić siły(...) Mój bieg zmieniał się w dość powolny trucht. Zauważyłem, że kule, które stale rozbijały się o kamienie u moich nóg, raniąc je odłamkami, zaczęły gwizdać koło moich uszu. Niemcy po moich strzałach kładli się na ziemię to im umożliwiało lepsze mierzenie do celu. Zaprzestałem bezcelowego ostrzeliwania się kontynuowałem swój trucht o życie biegnąc zakosami. Przyznam, że nie zajmowałem się wówczas myślami, nie byłem również w pełni świadom, że cisza we wsi Sierakowice świadczyła, że cała pogoń Niemców ruszyła za mną i ''Drabem'' , a ''Gawełek'' i ''Szpilka'' mogli nie niepokojeni przez Niemców zrealizować plan odbicia wozu amunicyjnego. 

 







sobota, 9 sierpnia 2025

Konająca Matka błagała o litość....swe dzieci .../ styczeń 1933 r./


 

Wieś Rozdzielna, gm. Lubianków, pow. łowickiego stała się miejscem ohydnego morderstwa, dokonanego w nocy z wtorku /3/na środę /4/ stycznia 1933 r.

Ofiarami okazali się gospodarze  tejże wsi- Józef i Marianna Górscy , liczący  60-70 lat. Mordercy oddali do staruszków  ' szereg strzałów, kładąc ich trupem na miejscu. Zbrodni dokonano przy pomocy rewolweru oddając 14 strzałów .Górski ugodzony kulą spadł z łóżka żona zaś jego, siedząca na krześle obok, drąca pierze - upadła na twarz. Sekcja zwłok wykazała w ciele p. Józefa siedem ran postrzałowych ,zaś w ciele Marianny dwa .Strzały były oddane z bliskiej odległości ,tak że mordowani widzieli dokładnie sprawców .Śmiertelnie ranna i konająca Marianna ,na kolanach błagała swe dzieci o darowanie życia .

Epilog strasznej zbrodni przed Sądem w Łowiczu

Sąd Okręgowy na sesji wyjazdowej w Łowiczu w czerwcu 1935 roku ,rozpatrywał sprawę Apolonii i Antoniego Górskich ,oskarżonych o zamordowanie w sposób bestialski rodziców .Motywem przewodnim dokonanej zbrodni była chęć przejęcia majątku i gospodarstwa państwa Górskich .Na tym tle w domu rodzinnym dochodziło bardzo często do kłótni .Córka chciała wyjść za mąż i dostać majątek ,syn ożenić się i ewentualnie objąć gospodarkę ,czemu rodzice stanowczo się sprzeciwiali, mówiąc kategoryczne nie. Na tym tle dochodziło do awantur i nawet bójek . Syn Antoni kilka lat wcześniej skazany został przez Sąd Doraźny za pobicie Ojca na karę więzienia z okresem próby wynoszącym dwa lata .Na kilka dni przed morderstwem w domu rodzinnym doszło do gorszącej kłótni między matką a córką .Huczała o tym cała wieś ...kto to słyszał aby córka tak sponiewierała swoją matkę?

Po dokonaniu zbrodni w feralny mroźny wieczór ,kiedy padły ostatnie strzały ,przecinając pasmo żywota nieszczęśliwych rodziców ,rodzeństwo Górscy zatarli wszelkie ślady mogące wskazywać na sprawców zbrodni ,wyrzucili rewolwer do dołu wychodka na podwórzu i wszczęli alarm we wsi o napadzie rabunkowym ,meldując przy tym przybyłym na miejsce policjantom swoją wersje wydarzeń :

Sześcioletni Wnuczek Juluś, śpiąc w tej samej izbie, został przebudzony strzałami i ujrzał leżących na podłodze zabitych dziadków, z drugiej zaś izby, znajdującej się po drugiej stronie sieni dochodziły odgłosy dokonywanego tam rabunku. W tamtej właśnie izbie mieszkały dzieci zamordowanych - córka Apolonia, lat 19 licząca i syn Antoni , lat 28. Chłopiec natychmiast po przebudzeniu został wyprowadzony przez ciocię do obórki w której wraz ze swą zbawczynią znalazł ocalenie. Córka Apolonia przed samym napadem o godz. 8-9 wieczorem przebywała w swojej izbie i usłyszała, że jacyś ludzie kołatali do drzwi, któreś z rodziców wyszło ze swej izby do sieni. aby im otworzyć . W tym momencie usłyszała dwa strzały. Przerażona rzuciła się do sieni, pochwyciła znajdującego się tam siostrzeńca i zamknęła się wraz z nim w oborze. Syn Antoni podczas tego wszystkiego nieobecny, wróciwszy do domu w nocy, zaalarmował mieszkańców wsi, którzy po przybyciu na miejsce zbrodni ujrzeli dwoje staruszków, leżących obok  siebie na podłodze.

Władze policyjne przeprowadziły śledztwo i wobec silnych poszlak aresztowały Apolonię i Antoniego Górskich. Jako podejrzanych o dokonanie straszliwej zbrodni ojcobójstwa. Przede wszystkim pozycja, w jakiej znaleziono zamordowanych, przeczy twierdzeniu córki, jakoby któreś z nich wychodziło do sieni przed samym momentem mordu. Drugą poszlaką jest fakt znalezienia broni z której oddano  śmiertelne strzały w kierunku zamordowanych . Prowadzący śledztwo komendant Zychler, zachowując szczegóły do czasu rozprawy sądowej, zdradził tylko że zeznania rodzeństwa nie mają nic wspólnego z napadem rabunkowym.

  W czasie pierwszej rozprawy w grudniu 1934 roku Apolonia Górska oświadczyła, że zamordowała rodziców ze swym kochankiem, a nie z bratem .Po tym oświadczeniu Sąd natychmiast przerwał rozprawę i polecił aresztować kochanka Górskiej. Po przeprowadzeniu dodatkowego śledztwa, ''kochanka ''Apolonii zwolniono do domu z braku dowodów .  

W czerwcu 1935 r. ,niecodzienna sprawa sprowadziła do sali sądowej w Łowiczu tłumy ludzi żądnych sensacji .Wśród nich przeważały kobiety. O godzinie 10 rozległ się dzwonek ,na salę wchodzi sąd ,za nim prokurator i obrońca .Składowi sędziowskiemu przewodniczy ,sędzia Duda ,wotują zaś sędziowie Danielewicz i Mikosza. Oskarża prokurator Turski ,broni z urzędu adwokat Wunsch .Przewodniczący odczytuje akt oskarżenia ,z którego wynika że w roku 1933 trzeciego stycznia ,rodzeństwo Górscy ,mieszkający razem z rodzicami we wsi Rozdzielna pow. Łowickiego ,zamordowali wspólnie i w porozumieniu w sposób bestialski swych rodziców .Przewód sądowy w zasadniczej części rozprawy wykazał winę obojga oskarżonych .Prokurator żądał kary śmierci ,obrońca starał się dowieść iż tłem zbrodni nie były pobudki materialne, wobec czego prosił o łagodniejszy wymiar kary .Sąd po naradzie ogłosił wyrok ,skazujący Antoniego Górskiego na dożywotnie więzienie ,zaś Apolonię Górską na 8 lat .Antoni przyjął wyrok z cynicznym uśmiechem .


( Apolonia mając lat 38 wyszła za mąż za Zygmunta Augustyniaka ,czy mieli dzieci....)







środa, 6 sierpnia 2025

Obława na groźnych zbirów 1938 r.

 


W piątek 19 sierpnia 1938 r, dokonano zuchwałego napadu na agencję pocztową w Nieborowie i Bolimowie . Napad nie udał się i bandyci zbiegli. Zmobilizowano policję i urządzono obławę. Bandyci rozdzielili się, Chmielewski zdołał wymknąć się z sieci obławy, natomiast Dąbrowskiego otoczono w lesie Bolimowskim w pobliżu gajówki Polesie. Uciekającego bandytę policjanci postrzelili w udo. Zdawało się, że tym razem Dąbrowski nie wydostanie się już z rąk policji, tymczasem bandyta gdzieś zniknął i nie udało go się odnaleźć. Dopiero  z zeznań żony Dąbrowskiego okazało  się, że ranny bandyta, uciekając przed policją ukrył się na drzewie, gdzie siedział przez kilka godzin, zdecydowany popełnić samobójstwo, gdyby policjanci spostrzegli go.



https://www.google.com/maps/@52.0342375,20.1165936,2040m/data=!3m1!1e3!5m1!1e4?entry=ttu&g_ep=EgoyMDI1MDczMC4wIKXMDSoASAFQAw%3D%3D

Andrzej Dąbrowski opuścił na wiosnę zakład karny znajdujący się na Łysej Górze w Świętokrzyskim. Więzienie na Świętym Krzyżu uchodziło za jedno z najcięższych w Polsce, a nawet nazywane było "polskim Alcatraz". Dąbrowski odsiadywał tam karę za zabójstwo. Po odzyskaniu wolności bandyta zawarł spółkę z Michałem Chmielewskim i wspólnie z nim utworzył szajkę bandycką, grasującą na terenie całego województwa warszawskiego.



Lista zbrodni popełnionych przez Andrzeja (lat 36 ) i Michała (lat 22 )na przestrzeni kilku miesięcy sięgnęła niemal setki .Po raz pierwszy użyli broni podczas napadu 28 marca i ich ofiarą padł dyżurny ruchu w miejscowości Bobrowniki w powiecie łowickim .

(więcej pod  linkiem: ''Zuchwały napad na przystanku PKP - Bobrowniki pod Łowiczem 1938r.'')

/ https://rosariumadgdar.blogspot.com/2025/04/zuchway-napad-na-przystanku-pkp.html  /



 Powiat Błonie Czerwiec 1938 r


W pobliżu stacji E.K.D Otrębusy powiatu błońskiego , uzbrojeni w rewolwery  bandyci napadali na przyjeżdżające na letniska osoby, rowerzystów i przechodniów. Bandyci w krótkim przeciągu czasu napadli na Zdzisława Kalinowskiego (Nadarzyn), któremu zrabowali pieniądze i rower, na Czesława Zyta (Zosin, gm. Helenów), rabując mu rower i 22 złote, oraz na Lidię Śliwińską (Nadarzyn), której wyrwali z ręki walizkę i torebkę z pieniędzmi. Energicznie prowadzone śledztwo ustaliło, że sprawcami zuchwałych napadów są groźni bandyci: Andrzej Dąbrowski i Michał Chmielewski, którzy do niedawna grasowali na terenie powiatu rawskiego.

Powiat Mszczonów 1938 r.



Odległa o 20 kilometrów od Mszczonowa wieś Skuły stała się terenem zuchwałego napadu bandyckiego, którego ofiarą padli , listonosze, bracia Władysław i Roman Kowalscy .Urząd pocztowy w Skułach wysłał do agencji swojej w Bukówce braci ,którzy zawieźli rowerami korespondencję, następnie odebrali w worki z pocztą i udali się w drogę powrotną .Gdy znaleźli się w położonym tuż pod Skulami zagajniku, padły z zarośli strzały i ciężko poranieni bracia zwalili się z rowerów, a z zarośli wypadli dwaj-bandyci, którzy porwali worki z pocztą i rzucili się do ucieczki. Ciężko ranny w głowę oraz piersi Władysław Kowalski zmarł w chwilę po upadku z roweru. Brat jego ranny w głowę oraz lewą rękę zemdlał, co uratowało mu życie. Bandyci myśleli bowiem. że obaj listonosze nie żyją. Tym czasem w chwilę po ich ucieczce Roman Kowalski ocknął się z omdlenia i mimo ran zdołał się doczołgać do Skuł, gdzie zaalarmował policję. Zwłoki zabitego listonosza zabezpieczono na miejscu. Ciężko rannego Romana Kowalskiego umieszczono w szpitalu w Żyrardowie.

Miejscowość Mszczonów - 9 września 1938 r .

 Bandyci po ostatnim skoku na agencję pocztową w Lubaniu, gdzie zrabowali tysiąc złotych i rower, orientując się, że policja depcze im po piętach. rozdzielili się Chmielewski udał się do Skierniewic ,a Dąbrowski do Mszczonowa, gdzie został zastrzelony.



Wojewódzki urząd śledczy w Warszawie otrzymał  8 września w nocy wiadomość, że Dąbrowski  groźny bandyta, podejrzany o szereg napadów,  nocował od kilku dni u Stanisława Swobodzkiego, właściciela małej posesji na przedmieściu Mszczonowa.  Do Mszczonowa wysłano samochód z oddziałem policji w pancerzach i hełmach. Po krótkich poszukiwaniach znaleziono kryjówkę bandyty. O godz. 4-tej rano 9 września , rozegrała się krwawa walka między policją a wielokrotnym mordercą Andrzejem Dąbrowskim. W wyniku długiej strzelaniny, w czasie której wystrzelono kilkaset pocisków, bandyta został zabity.

 Prowadzone dochodzenie wykazało ,jakie napady mają na sumieniu zbrodniarze. Banda ta zamordowała kasjera kolejowego na stacji w Bobrownikach, Jana Wiśniewskiego i dokonała napadu na agencje pocztowe w Bolimowie i w Nieborowie, na sklep Szaji Frenkla w Wiskitkach, gdzie ciężko zraniono Frenkla, a następnie szeregu włamań do kas gminnych w Sannikach , Lubaniu oraz do willi ad w. Szyszkowskiego w Jaktorowie. Jednym z ostatnich wyczynów bandytów był napad na listonoszy braci Kowalskich pod Skułami. Istnieje również podejrzenie, że to oni dokonali napadu na stację kolejową w Ząbkach, gdzie zastrzelono kasjera Babulewicza i stację w Bożej Woli ,gdzie również został zraniony kasjer .  

31 październik 1938 r .


Michał Chmielewski, ścigany przez policję, postrzelił policjanta Mikołaja Bachnickiego pod wsią Góra, w powiecie kozienickim. Jak wiadomo, Chmielewski był kompanem zuchwałego bandyty Andrzeja Dąbrowskiego, zastrzelonego we wrześniu w czasie starcia z policją w Mszczonowie. Od tego czasu Chmielewski ukrywał się. Policjant Bachnicki natknął się na Chmielewskiego, idącego szosą z innym mężczyzną. Bandyta na widok policjanta zasypał go kulami z pistoletu . Ranny w rękę i nogę policjant zwalił się na ziemię i ostatnim wysiłkiem odpowiedział strzałami, lecz chybił.

Luty 1939 r. Stacja Maciejowie miedzy Kowlem a Lubomlem

Michał Chmielewski rodem z Grodziska Mazowieckiego , po którym zaginął wszelki ślad , zbiegł na Wołyń, gdzie koło Równego znalazł schronienie u krewnych.


Strażnik kolejowy zauważył trzech podejrzanie wyglądających mężczyzn. Kiedy zbliżył się do nich, jeden z nich dobył rewolweru i oddał do niego 5 strzałów w, które na szczęście chybiły. Dzielny strażnik rzucił się na napastnika i obezwładnił go. Dwaj jego towarzysze zbiegli. Zatrzymanym okazał się Chmielewski ,którego osadzono w areszcie w Kowalu . 5 lutego specjalnym transportem przewieziono Chmielewskiego do aresztu wojewódzkiego urzędu śledczego przy ul. Nowy Zjazd w Warszawie. Chmielewskiego mimo święta natychmiast poddano przesłuchaniu . Przyznał się on do zarzucanych mu zbrodni, opowiadając szczegółowo jak dokonywał napadów z kompanem Andrzejem Dąbrowskim i jak mordował ofiary. 




piątek, 27 czerwca 2025

Przez wsie łowickie w pościgu za Wampirem -1933 r.

 


Sprawa bierze swój początek  w lutym 1933 roku .

Przy drodze między Łowiczem a Zielkowicami  na łące w pobliżu stacji PKP  ,policja   identyfikuje zwłoki  24 letniej  Władysławy Brzozowskiej. W maju b.r  policja  otrzymuje zgłoszenie o znalezieniu nieprzytomnej Bronisławy Kucharek ,lat  25 ,między wsiami Strzelcew a Łaguszew  .Dnia 1 lipca  we wsi Niedźwiada zostały zaczepione  przez młodego osobnika dwie 13 letnie dziewczynki pasące gęsi na łące przy szosie poznańskiej , Aniela Okruch  i Natalia  Podrażka .



Pierwszy etap wędrówki, o której pisałem wczoraj, zakończyłem w Łowiczu., a raczej pod Łowiczem na polach Popowskich. Pole, jak pole, pokryte trawą i kwieciem, pogodne i wesołe, w promieniach słońca skąpane. A jednak tu właśnie znaleziono przed miesiącem zwłoki robotnicy 25- letniej Bronisławy Kucharek . już pobieżne oględziny wykazały, że śmierć nastąpiła wskutek uderzenia żelazem w tył czaszki. Dalsze badania ujawniły, że Bronisława przed zbrodnia została zniewolona, stąd niemal pewność, że morderstwa dokonano na tle seksualnym B. Kucharek znaleziono w pobliżu domu, w którym mieszkała w Popowie; wskazywałoby to. że zbrodniarz obserwował uprzednio swoją ofiarę i czekał na moment, że znajdzie się sama w polu i tam dokonał napadu. Pola popowskie znajdują się przy drodze Łowicz— Sochaczew, w odległości kilku kilometrów od Zielkowic , gdzie znaleziono znaleziono trupa Brzozowskiej. I w tym drugim wypadku śledztwo utknęło w martwym punkcie i dopiero zbrodnia pod wsią Niedźwiada pobudziła na nowo czujność policji.



Niedźwiada — to zamożna i rozległa wieś , położona przy szosie poznańskiej w odległości 5 kilometrów od Łowicza, a 9 km od Popowa. Pogodne, wesołe chałupy łowickie toną w zieleni sadów, szeroką drogą poprzez wieś jedziemy do zagrody Marcina Perzyny, ojca ciężko rannej Aleksandry. Stary Księżak o regularnych jakby z granitu ciosanych rysach twarzy, wychodzi na nasze spotkanie przed próg wielkiej czerwono malowanej chaty. Za nim — kilka kobiet...

— Pan Marcin Perzyna?

— Ano... Panowie do nas?

Rozmowa nawiązuje się szybko.

Marcin Perzyna, właściciel 24-morgowego gospodarstwa wykazuje dużą inteligencję i rozumie konieczność informowania prasy o wszystkim.

Na wstępie — komunikujemy mu radosna wieść: tylko co właśnie pytaliśmy o zdrowie córki w szpitalu. Powiedzieli: „dziewczyna silna, operację przeszła szczęśliwie i najdalej za dwa tygodnie będzie już w domu!"

— Bogu niech będą dzięki! —szepcze stroskany ojciec. Sześć mam, panie, córek; dwie zamężne, cztery panny. Olkę oddałem do gimnazjum, skończyła już sześć klas, do domu na lato przyjechała i taki ta wypadek spotkał... Nieszczęście! Miałem też syna, ale kilka lat temu utonął... 

— Jakże to było z córką?

— Ano w sobotę, 1 lipca poszła o 10-ej rano na nasze pole aż za szosę. Nie wracała długo... Matka po nią poszła o 2-ej pp. Siedzę w domu, a tu sąsiad w pada i krzyczy: 

„.córkę wam zabili!"

Pędzę na szosę i widzę, jak matka na polu nad córka stoi, a ta cała we krwi i już nieprzytomna... Duchem wóz zaprzęgnąwszy i — do szpitala!...

Doktor mówił, że dziewczyna ze 3 godziny musiała z rozbitą głową leżeć...

  • Daleko to stąd?

  • Z półtora kilometra, będzie. Za szosą poznańska,,.



Jedziemy tam. Marcin Perzyna, wskazuję drogę, wiodąca między pachnącymi łanami dojrzałego już żyta. Sięga niemal do ramion, a człowieka z łatwością ukryje. Zbrodniarz miał ułatwiona ucieczkę. jeśli uciekał przez pola (bo miał szosę w pobliżu!).Po półgodzinnej wędrówce , przecinamy szosę poznańską ,ścieżką między zagonem seradeli, a żytem wiedzie do miejsca, gdzie została napadnięta Aleksandra. Oglądamy je uważnie: Tam żyto na znacznej przestrzeni zmięte i stratowane, kłosy leżą na ziemi spłaszczone, widać, że w tym miejscu toczyła się gwałtowna, zażarta walka — o życie... Ślady jej pozostały zresztą i to bardzo wyraźne: między złotem żyta sczerniałe na ziemi skrzepłe plamy. To krew dziewczyny... Czy teren zbrodni został aby dokładnie przeszukany? Podobno tak— nazajutrz po wypadku. Alę nie zabezpieczono go w porę, tak że pies policyjny był w nie lada kłopocie, dokąd biec i kogo szukać? Pobiegł więc zrazu do szosy, ale wnet zawrócił z powrotem do zgniecionego żyta i zaczął wyć. Psi węch zmyliły prawdopodobnie zbyt liczne w tym miejscu chłopskie buty... Jaki był przebieg zbrodni? Odtwarzamy go , według słów Perzyny i tych, co... widzieli zbrodniarza! Dziewczyna stała na skraju pola seradeli o 150 kroków od szosy, zwrócona tyłem do zboża. Nagłe stamtąd wypadł jakiś drab, porwał ją wpół i powalił na ziemię. Rozpoczęła się rozpaczliwa walka Aleksandra broniła się zaciekle, a zbrodniarz, widząc że mu nie ulegnie —dobył z kieszeni kawał żelaza (był to nie młotek, lecz pręt żelazny) i uderzył dziewczynę kilkakrotnie w głowę. Gdy straciła przytomność— chciał dokonać gwałtu, ale spłoszyły go zbliżające się głosy i uciekł w stronę Łowicza. Wieśniacy widzieli człowieka w zielonkawej kurtce, jak „baraszkował w zbożu", ale myśleli, „że to ino żarty"... Człowiek uszedł następnie w stronę miasta, a ofiara tych „żartów " leżała bez przytomnie od 12 do 3 popołudniu.



Kończymy oględziny i jedziemy dalej do wsi w której małoletnie mieszkanki Aniela Okruch i Natalia Podrażka wyrwały się cudem z rąk potwora. Wypadek miał miejsce tego samego dnia, t. j. 1 lipca również przy szosie poznańskiej, o kilometr dalej od Łowicza, niż teren, który oglądaliśmy przed chwilą. Aniela i Natalia niechętnie odpowiadają na pytania, dopiero gdy matka i starsza siostra dodają im odwagi — języczki się rozwiązują... Okruchówna mimo swoich 13 lat, jest dość wysoka i tęga , ładne niebieskie oczy śmieją się z ,pod białej chustki: „Wyszłyśmy w pole z Natalią paść gęsi... Nagle wypadł jakiś człowiek i woła na nas: „Chodźcie tu, dziewczynki!", to my w nogi...Opowiadanie brzmi trochę niewyraźnie i kilka pytań poprawia sytuacje i okazuje się, że drab, nic nie mówiąc, podbieg! do Okruchówny i chwycił ją za rękę. Dziewczyna narobiła wrzasku, Natalia — również, wyrwały się z rąk mężczyzny i uciekły w stronę szosy, bo właśnie przejeżdżał jakiś wóz, więc je zabrał. Tymczasem złoczyńca bynajmniej nie uciekał; schował się tylko za szosę i tam „odgrażał" dziewczynkom. Z dalszych odpowiedzi udaje się nam powoli odtworzyć rysopis „wampira"; miał zielonkawą. dobrze „wypaloną" (spłowiałą) kurtkę, czapkę z daszkiem i buty z cholewami. Ten rysopis zgadza się mniej więcej z tym, co podała Perzynówna.

Twarz zbrodniarza? Szerokie wykrzywione usta i czarny angielski wąs — oto Wszystko, co zdołały

zauważyć, ale poznałyby go na pewno...

— Czy z fotografii? Może i z fotografii, bo w policji pokazywano pięć "„obrazków ", to na jednym zdawało się im ,że był ten sam...



Zestawienie dwóch wypadków : napadu na dwie dziewczyny i napadu na Perzynównę — pozwala określić drogę złoczyńcy. 1 lipca o 10-ej rano, idąc szosą schodzi w pole i tu dostrzega Anielę i Natalię ,pasące gęsi. Napad się nie udaje; dziewczyny uciekają. Potwór wraca na szosę, idzie w stronę Łowicza i nieco dalej na łące widzi sylwetkę dziewczyny. Boi się ją spłoszyć, więc kryje się w życie j podchodzi od tyłu... Po dokonaniu krwawego czynu ucieka prawdopodobnie w strony Łowicza, boć przecież od strony Kutna mogli go już szukać chłopi — zaniepokojeni tym, co się stało z Okruchówna. Tym bardziej, że dziewczynom po napadzie zginęły...gęsi i urządzono na nie formalną obławę. Gdyby zbrodniarz uciekał tędy — zostałby niechybnie dostrzeżony... Pozostaje więc Łowicz, okolice i... dworzec kolejowy w Łowiczu. Zdążyłby na pewno uciec — jeżeli nie piechotą, to... pociągiem w stronę Warszawy , lub Poznania. Czy napady w dniu 1 lipca są dziełem tego samego człowieka, który zamordował Brzozowską i Kucharkówne? Jeżeli tak — to Bieńkowski siedzi niewinnie, a zbrodniarza należy szukać w najbliższych okolicach Łowicza, bądź nawet w samem mieście. Jeżeli nie — to dziś możemy tropić „wampira" tak w Łowiczu, jak w Warszawie, tak w Kutnie, jak i w Poznaniu... i dlatego policja w tej sprawie będzie miała wyjątkowo wdzięczne pole do popisu...



Finał sprawy :👇

https://rosariumadgdar.blogspot.com/2024/06/wampir-z-owicza-1933-1934.html

' ' Wampir z Łowicza '' (1933-1934)

























środa, 25 czerwca 2025

Na tropie Wampira z Łowicza  -lipiec 1933 rok 


 

Ciche i spokojne stare miasto Łowicz stało się ostatnio terenem niepo­kojących wypadków. Jakiś zbrodniarz napada w biały dzień na młode dzie­wczęta i pod groźbą  śmierci chce je zmusić do uległości. Jedna z ostatnich ofiar zbrodniarza, wzorującym się na słynnym wampirze z Dusseldorfu, padła uczennica  Ale­ksandra Perzyna , która cudem niemal zdołano wyrwać śmierci. Mimo pościgu i  obławy — zbrodniarza nie zdołano dotąd pochwycić i Łowicz ży­je  w atmosferze strachu i podniecenia. Specjalny wysłannik naszego pisma odwiedził wczoraj teren zbrodniczych napadów i przeprowadził na własną ręką śledztwo w tej tajemniczej spra­wie. Oto jego relacja : 

Pościg za zbrodniarzem w po­wieściach i filmach kryminalnych. Odbywa się w warunkach arcy - nadzwyczajnych. Jakiś włosek zna­leziony na miejscu zbrodni, jakiś popiół na stoliku, jakiś strzęp pa­pieru dają początek łańcuchowi dziwnych, a nieoczekiwanych faktów kończących się zawsze — ujęciem  złoczyńcy. Tak. Ale to dzieje się w powieściach, natomiast w życiu bywa o wiele prościej ale i o wiele trudniej…Myślałem właśnie nad tym, kie­dy po przybyciu do Zielkowic  wsiadłem do dorożki i kazałem się wieźć do Łowicza — miasta, na które padł ostatnio cień zbrodni.



Mówią o niej wszyscy w tym mieście; nawet dorożkarz, który mnie wiezie ze stacji.

— Pierwszego trupa  znaleziono tu! i batem wskazuje na pole tuż przy drodze między Zielkowicami i Łowiczem. Pokrótce notuję historię zabójstwa: kilka miesięcy temu znaleziono w tem miejscu tuż pod  miastem zwłoki 24-letniej Władysławy Brzozowskiej, ekspedientki w bufecie kolejowym. Zwłoki były oszpecone w straszliwy sposób: morderca zmiażdżył żelazem głowę swej ofiary, a z twarzy uczynił bezkształtną  krwawą  masę. Zbrodnia postawiła na nogi, całą policję. Szukano, badano, śledzono i  w końcu aresztowano 4 osoby:

właściciela hurtowni piwa Dąbrowskiego, piekarza Steinerta  — właściciela domu i dzierżawcę bufetu— Wacława Bieńkowskiego i dozorcę domu z ulicy Zduńskiej 4.

Dąbrowski i Steinert zostali wkrótce potem zwolnieni, natomiast Bieńkowski i dozorca pozostają do dziś  dnia w więzieniu.


Mord popełniony na Brzozowskiej spadł na Łowicz, jak grom z jasnego nieba, a gdy w związku z tym aresztowano zamożnego obywatela i kamienicznika Bieńkow­skiego — plotkom i domysłom nie było końca .

— Czyżby on?

— Taki człowiek?!!!

— Dlaczego by to miał zrobić?!!!

Właśnie — dlaczego?

Brzozow­ska jak ,się okazuje, była nie tylko pracownicą , lecz i kochanką Bień­kowskiego. Mieszkali razem w je­go domu przy ul. Zduńskiej  a po­życie ich ostatnio, jak stwierdzili sąsiedzi, było niezgodne. Jednak —poszlaki przeciwko Bieńkowskiemu nie były zbyt ,,murowane", gdyż aresztowany został dopiero 24 marca sześć tygodni po wykryciu morderstwa. Dozorcę domu Władysława zatrzymano wraz z gospodarzem : rozumowano   że , jeden ''zabi­jał", a drugi ''pomagał"...



Ale w  Łowiczu nie wierzą i dziś w to, że Bieńkowski popełnił mord.

Przypuszczają raczej, że właściwy winowajca buja dotąd na wolności i korzystając z niej—morduje nadal. Robotnica Kucharkówna i uczen­nica Perzynówna — to według głosów ludu, krwawy szlak łowickiego  wampira. Jedno wszakże jest pewne: jeżeli Bieńkowski winien jest za­mordowania Brzozowskiej, to nie On zabił Kucharkównę i nie on zra­nił Perzynę ,bo ma najlepsze ''alibi": siedział w więzieniu!





Co mówi burmistrz Michalski ?

 Odłożyłem wnioski i domysły aż do chwili zakończania swojego „śledztwa", a że miałem przed so­bą jeszcze szmat drogi szlakiem złoczyńcy przez wsie i pola łowic­kie — wstąpiłem przedtem do burmistrza miasta Łowicza, znanego na niwie społecznej działacza p. Jana Michalskiego.

— Co sądzi p. burmistrz o smut­nych wypadkach na terenie jego miasta?

— Jesteśmy przygnębieni. Nigdy przedtem nie słyszało się tutaj o zbrodni a teraz …

— Czy ulepszono warunki bez­pieczeństwa w Łowiczu i na jego peryferiach

—  Bezpieczeństwo jest rzeczą policji ;my ze swej strony zwię­kszyliśmy oświetlenie ulic, zwłaszcza na peryferiach miasta. Społe­czeństwo samo zresztą czuwa: młode dziewczęta nie wychodzą wieczorem z domu bez opieki starszych.



— Kogo podejrzewają o zbrod­nicze czyny? Czy są tu w ogóle w Łowiczu przestępcy?

— Ci co są — siedzą w więzie­niu. Miasto jest na ogół bardzo spokojne, natomiast prawdziwą jego plagą stały się wędrówki włóczęgów. Przez sam magistrat prze­wija się około dwudziestu dzien­nie! Idą pieszo w poszukiwaniu chleba i pracy — do  Skierniewic ,do Kutna, do Ło­dzi, do Poznania...

— Więc może oni? Kto wie!

— Ja już służącej samej na pole nie puszczam, wtrąca obecny przy rozmowie p. Kazimierz Masztanowicz , rolnik. Tak długo, dopóki mordercy nie pochwycą — nie będzie spokoju w naszym mieście...

Jestem tego samego zdania, ale śledztwo policyjne jak dotąd, wy­ników nie dało. Czy wiadome jest choć, jak wyglądał „wampir"?

Postarajmy się dopomóc policji i jedźmy tam, gdzie zbrodniarz grasował tydzień temu: do wsi Nie­dźwiady !

Ale o tym — już jutro! 










Ostatnia ofiara - II W.Ś w Łowiczu 1945 r.

  Wielu mieszkańców Łowicza w milczeniu odprowadziło 17 letnią Łowiczankę  na cmentarz kolegiacki. „Na przełomie października i listopada 19...