Łączna liczba wyświetleń

środa, 5 marca 2025

Katastrofa pod Łowiczem 1932 r.


 

W poniedziałek, dn. 22 lutego , około godz.10:53 rano, na linii kolejowej między Bednarami a Łowiczem , na nie zamkniętym przejeździe kolejowym w Arkadii , nastąpiło zderzenie autobusu z pociągiem pośpiesznym nr.401 , jadącym z Warszawy przez Łowicz do Gdańska. Autobus pasażerski Kiernozia —Żyrardów, prowadzony przez  Stanisława Perkowskiego zbliżał się pełnym gazem do przejazdu, szofer widząc otwarty przejazd, a nie przypuszczając, że pociąg jest już blisko, wjechał na tor. W sekundę potem nastąpiło straszne zderzenie. Lokomotywa wpadła z piekielnym impetem  w  autobus  i odrzuciła z szyn — już jako bezładną kupę pogiętej blachy, połamanego żelastwa i drzewa, wlokła autobus przed sobą na przestrzeni około 300 metrów .Służba konduktorska, pasażerowie, a następnie pomoc medyczna  z Łowicza, oraz władze cywilne i kolejowe pośpieszyły natychmiast z pomocą. Z pod  strzaskanego autobusu wydobyto dwa ciała  zmasakrowane okropnie. Wskutek wypadku ponieśli śmierć na miejscu Ciesielski Antoni , właściciel kawiarni w Bolimowie   i Sentowski Edward z Żyrardowa. Z pośród 11 ciężko rannych— Samuel Brandt, dentysta — zmarł w chwilę po przewiezieniu go do szpitala w Łowiczu.

Dzień po katastrofie zmarł właściciel autobusu ,Stanisław Zbierski, z Kiernozi, a  dnia. 25 lutego zmarł ,w szpitalu 12-letni Stasio Mońko, syn właściciela młyna z Bolimowa. Szofer samochodu, Perkowski, ocalał i stan jego nie jest groźny: Ciężko ranni zostali : Stanisław Tarkowski, Maria Dąbrowska, Stanisława Mońko (matka zmarłego Stasia), Stanisław Dożykowski, Stefan Głowacki, Stefan Szablewski i Jan Kalinowski.

Doraźne śledztwo stwierdziło absolutną niewinność maszynisty pociągu nr.408 oraz szofera autobusu. Katastrofa nastąpiła wskutek nie zamknięcia przejazdu. Odpowiedzialność za  wypadek ponosi dróżnik przejazdowy Faustyn  Adamczyk, cieszący się zresztą doskonałą opinią , którego  zatrzymano do dyspozycji władz sądowych.

Dochodzenie w sprawie katastrofy prowadzą władze śledcze z Łowicza , oraz specjalna Komisja techniczno-kolejowa Dyrekcji Warszawskiej .

Przejazd na szosie arkadyjskiej wymaga specjalnie starannej obsługi, gdyż położone wzdłuż szosy zagajniki i zarośla, dochodzące do samego toru kolejowego, zasłaniają widok z szosy na tory żelazne. Nie widząc opuszczonych szlabanów każdy śmiało wjeżdża na przejazd i wielokrotnie  już szereg osób wprost cudem uniknęło śmierci w tym miejscu.









niedziela, 2 marca 2025

Zginęła od kuli mordercy…Skierniewice 10 maja 1906 r

Dziś droga wojewódzka nr 707. 

 

            Sąd  w cytadeli warszawskiej w grudniu 1906 r. zakończył   rozprawę w procesie bandy ,oskarżonej o szereg zbrojnych napadów i o zamordowanie na szosie pod Skierniewicami ś. p. Maryi Puławskiej ,usiłowanie zabójstwa dr. Stanisława Rybickiego i czynną napaść na Juliusza Koppa ,któremu zrabowano 1.316 rubli. Sąd skazał na śmierć przez powieszenie siedmiu mężczyzn i jedną kobietę. Nadto skazano na dożywotnie ciężkie roboty dwóch mężczyzn.




Świat : pismo tygodniowe ilustrowane poświęcone życiu społecznemu, literaturze i sztuce. R. 1, 1906 nr 21

10 maja - przed godz. 6-tą wieczorem, na stację Skierniewice w przejeździe z Warszawy do Paryża przybyła p. Maria Puławska, siostrzenica pp. Okęckich, właścicieli jednego z największych majątków ziemskich w powiecie skierniewickim, Nowego Dworu i Babska, małżonka właściciela dóbr w gub. kaliskiej. Na stację Skierniewice przyjechał po p. Puławską p. Bronisław Okęcki, 62-letni jej wuj. Po załatwieniu formalności kolejowych z biletami co do przerwy w podróży w kancelarii zawiadowcy, p.Okęcki i p. Puławska wsiedli do wolantu i odjechali szosą rawską w stronę Rawy .Przejeżdżając przez niewielki lasek na podróżujących  napadli  bandyci. Zabrali podróżnym pieniądze i kosztowności. Być może puściliby ich wolno, gdyby Maria Pułaska nie zaczęła krzyczeć i żądać zwrotu zrabowanego mienia? 4-ch uzbrojonych opryszków, którzy strzelając z browningów osaczyli jadących, p. Puławską zabili na miejscu ,p. Okęckiego zaś ranili 2-ma kulami w rękę  i odebrali mu pugilares z pieniędzmi. Po drodze zdołali oni jeszcze napaść na powracającego tą samą szosą do Skierniewic, lekarza Zarządu Księstwa Łowickiego  ,63 -letniego, dr. Stanisława Rybickiego. Dzielny jednakże lekarz mając rewolwer, choć silnie sam ostrzeliwany przez rozbójników, nie był im dłużnym ,uniknąwszy postrzału zranił jednego z nich. 



P. Okęcki, choć ranny i  62 lata liczący, podjechał wolantem do najbliższej zagrody włościańskiej, gdzie zawiadomił o napadzie i zarządził pościg za bandytami .Zarządzony wczas pościg zdołał ująć trzech bandytów. Czwarty, ranny, zbiegł.


Świat : pismo tygodniowe ilustrowane poświęcone życiu społecznemu, literaturze i sztuce. R. 1, 1906 nr 22

Kronika Sądowa :

W ciągu  dwóch dni warszawski sąd okręgowy na posiedzeniu w cytadeli rozpoznawał sprawę bandy rozbójników, którzy w ciągu marca i maja r. b dokonali szeregu napadów w Warszawie i pod Skierniewicami. Na ławie oskarżonych zasiedli:

Florian Pruszyński(zwany „Florek"), Stanisław Szułowicz (zwany „Czerwony"), Władysław Basiński (zwanyCzarny"), Ludwik Anasiewicz (eks-kelner),Olga Urbanowiczówna („Odważna"), Antoni Kabat, Stanisław Głazowski, Adam Malinowski („Rzeźnik"), Jan Abel i Stanisław Zasion („Parasol").

Banda dokonała kilkunastu napadów, mianowicie:

-  na mieszkanie Szlamy Wachtera przy ulicy Ogrodowej w Warszawie,  bandyci pod groźbą rewolwerów zrabowali Wachterowi 37 rubli i zmusili go do wydania rewersu na 75 rubli.

- napadu na kantor Krajewskiego przy ulicy Ogrodowej w Warszawie; bandyci sterroryzowali buchaltera Muzolfa i zrabowali 671 rubli gotówką i 321 rb. wekslami.

-  napadu na mieszkanie artystki Zuzanny Ostrowskiej przy ulicy . Trębackiej w Warszawie, pod groźbą rewolwerów napastnicy zrabowali 50 rubli.

-  napadu na mieszkanie akuszerki Wandy Dobrowolskiej przy ul. Kruczej w Warszawie; zrabowano 1 rubla.

-   napadu na mieszkanie Marii Jaworskiej, szwaczki, na Nowym Zjeździe w Warszawie, tutaj

nie zrabowano nic. 

- napadu we wsi Andrzejowie na dom włościanina Witowskiego; zrabowano 464 rubli 

- napadu na mieszkanie Józefy Rylowej i Heleny Janiszewskiej, zrabowano rubla. 

- napadu na mieszkanie sołtysa Michała Klamry, we wsi Zieleniec, w po w. warszawskim; zrabowano 8 rb. w gotówce i 3 pudy szmalcu 

- napadu na mieszkanie Henryka Finkielkrauta w Warszawie; zrabowano 3 ruble.

- napadu w lesie skierniewickim na Juljusza Koppa. zrabowano 1,316 rubli.

- napadu na przejeżdżającego przez skierniewicki las doktora Rybickiego ,nie zrabowano nic.

 napadu na obywatela ziemskiego Okęckiego i żonę obywatela ziemskiego, Puławską, pod Skierniewicami; Puławską bandyci zamordowali, Okęckiemu zrabowali pugilares z pieniędzmi.

Przed północą ogłoszono wyrok, skazujący na śmierć przez powieszenie: 

25-letniego Stanisława Zasiona, 24-letniego Jana Abla, 19-letniego Adama Malinowskiego, 17-letniego Stanisława Głazowskiego,19 letniego Antoniego Kabata, 17-letnią Olgę Urbanowiczównę, 19-letniego Ludwika Anasiewicza i 19-letniego Władysława Basińskiego. Na roboty ciężkie dożywotnie skazano pozostałych dwóch członków bandy.- 20-letniego Stanisława Szułowicza i 33-letniego Floriana Pruszyńskiego .

Sąd  postanowił zwrócić się do warszawskiego generała-gubernatora o złagodzenie kary Urbanowiczównie i Anasiewiczowi, którzy przyznali się do winy.17-letnia krawcowa Olga Urbanowiczówna, kochanka  szefa bandy Stanisława Zasiona, była tak chętna do udziału we wszelkich napadach, że otrzymała od towarzyszy pseudonim „Odważna”. Swą odwagą robiła  duże wrażenie na kolegach z bandy, do tego stopnia że  jeden z nich, Ludwik Anasiewicz, oświadczył się pannie Oli ,a po otrzymaniu „kosza” , w odwecie wydał całą grupę policji i opowiedział o zdarzeniach w lasku Skierniewickim .


Świat : pismo tygodniowe ilustrowane poświęcone życiu społecznemu, literaturze i sztuce. R. 1, 1906 nr 50

Zapewne wciągnięto panią do bandy podstępem—zagadnąłem.

Nie — odrzekła z prostotą; — w roku zeszłym należałam do partii (wymieniła jedną z partyi skrajnych). Uśmiechała mi się „bojówka", do której należał i Zasion; z jednej partii przeszliśmy później do innej; po pewnych refleksjach przyślijmy do przekonania, że lepiej działać na własną rękę, no i zaczęliśmy „robotę".

I nie żal pani było strwożonych pod wpływem gróźb rewolwerowych ofiar?

Do wszystkiego przyzwyczaić się można...

Prawdopodobnie będzie pani zamienioną kara śmierci na dłuższe roboty ciężkie.

Można się i tam urządzić przy pewnym sprycie...

Ale wątpliwym jest bardzo, aby zmieniono karę śmierci Zasionowi...

EL.—uśmiechnęła się ironicznie i machnęła ręką...

Stan duszy takiej Anglicy nazywają: moral insanity...moralna choroba

„ślepota” moralna, niezdolność do rozpoznawania dobra moralnego i swoich moralnych obowiązków.




Ś. p. Maria z Suffczyńskich Pułaska zmarła dnia 10 Maja tragiczną śmiercią ręką zbrodniczą zadaną osierociwszy 4 drobnych dziatek i rodziców, których była jedyną a ukochaną córką.

Ś. p. Maria urodziła się w 1878 w majątku rodziców swych Ossa w powiecie Rawskim, odebrawszy staranne wykształcenie wyszła w 17-ym roku życia za mąż i mieszkała stale na wsi, zyskując w swej okolicy prawdziwą życzliwość i uznanie wielkimi zaletami serca i umysłu, gorącą pobożnością i umiejętnym wypełnianiem wszystkich obowiązków, jakie na niej ciążyły. Była też dzielną pracownicą na niwie ojczystej, była Polką nie tylko z miana ale przez gorące ukochanie kraju swego i ludu dla którego starała się robić wszystko, co tylko było w zakresie możliwości. Miała dużo inicjatywy, serca i umiejętności w pracy społecznej, należała do tych nielicznych osób, co umieją i chcą pracować dla innych. Społeczeństwo straciło w Śp. Marii jednostkę wybitną, a kółko ziemianek do którego należała członkinię gorliwą i niezastąpioną, to też żal serdeczny i gorący pozostanie na zawsze w sercach naszych; dowodem jego był niezwykle liczny orszak, do którego należała nie tylko rodzina ale sąsiedzi z pod strzech wieśniaczych, z plebanii i dworów.

W kółku Ziemianek Rawskich do którego ś. p. Maria należała powstał projekt uczczenia jej pamięci przez ufundowanie stypendium jej imienia.

Nie zginęła pamięć o Marii. W miejscu morderstwa, przy pomniku od czasu do czasu palą się znicze.

[droga woj.707]













sobota, 1 marca 2025

Lojalny złodziej. 1925 r. - PKP Skierniewice

 


Lojalny złodziej.

          Ko­łodziej Aleksy z Skierniewic mając jeszcze pół godziny czasu do odejścia pociągu roz­glądał się ciekawie po sali poczekalni dworca głównego, chcąc znaleźć coś godnego uwagi, by zabić nudę oczekiwania. W tym samym czasie i miejscu Hieronim Stryjewski vel Wojtczak rozglądał się z nie mniejszą ciekawością, szukając ofiary. Upatrzywszy stosowny moment, kiedy p. Kołodziej zajęty był odczytywaniem za­wiłości rozkładu kolejowego, Wojtczak wsunął mu rękę do kieszeni.

Bystre oko policjanta i wywiadowcy udaremniło zamach na całość kieszeni p. Kołodzieja i niefortunnego złodzieja odprowadzono do komisariatu, a następnie przekazano do dyspozycji sędziego śled­czego.

Między sędzią śledczym p. Malinowskim a oskarżonym zawiązał się następu­jący dialog

No i cóż Wojtczak, znowu jeste­ście?

Cóż robić, panie sędzio, nieszczę­ście.

No. tak, ale za to nieszczęście po ­siedzicie sobie teraz w więzieniu.

Ha, trudno, jeśli prawo tak każę, to muszę.

Lojalność złodzieja wobec surowych nakazów prawa rozbroiła podobno samego sędziego.



Spelunka karciarska w pociągu.

   Aron Kirsztajn, pochodzący z Łodzi, obywatel amerykań­ski, powracając z Warszawy do Łodzi, zawarł w wagonie znajomość z trzema towarzyszami podróży, którzy zapropono­wali mu grę w karty. Amerykanin prze­grał 80 złotych, a płacąc przegraną, wy­dobył portfel, w którym znajdowała się większa suma pieniędzy.

W Skierniewicach towarzysze podró­ży wysiedli, a Kirsztajn skonstatował brak portfelu, w którym znajdowało się 3 tysiące złotych i 15 funtów angielskich. Powiadomiony o kradzieży posterunek policyjny w Skierniewicach rychło aresz­tował jednego z towarzyszów podróży, niejakiego Ehrlicha, znanego złodzieja kieszonkowego.






środa, 26 lutego 2025

'' Wielka '' miłość Wiery - Łowicz 1920 r.( mąż skazany za bigamię )

 


Rozprawa, obfitująca w wiele wzruszających momentów zakończyła się skazaniem Juliana Figlera za bigamię na 6 miesięcy więzienia.

{Bigamia jest przestępstwem w większości krajów świata, które uznają wyłącznie małżeństwa monogamiczne. Najczęściej ani pierwszy, ani drugi małżonek nie wiedzą o drugim małżonku partnera.}


[...]Działo się w mieście Łowiczu dnia trzynastego listopada 1920 roku o godzinie siódmej wieczorem ,w obecności świadków , plutonowego Stanisława Czerepaka i szeregowca Stanisława Regulskiego ,obaj z 10 P.P Baonu Zapasowego po lat dwadzieścia cztery mających w Łowiczu zamieszkałych ,w dniu tym zawarte zostało religijne małżeństwo między : Julianem ,Marianem Figlem kawalerem ,kapralem 10 P.P Baonu Zapasowego lat dwadzieścia trzy mającym urodzonym w Oświęcimiu w Galicji ,a zamieszkałym w Łowiczu a Wierą Kierżjewną (Kirejew) panną przy rodzicach lat dwadzieścia dwa mającą urodzoną w Modlinie ,a zamieszkałą w Łowiczu ..Małżeństwo poprzedziły trzy zapowiedzi w kościele tutejszym .Małżonkowie również oświadczyli iż umowy przedślubnej między sobą nie zawarli .Zezwolenie do zawarcia małżeństwa dla nowo zaślubionych udzielone było przez Dowództwo Batalionu Zapasowego 10 P.P rozkazem dziennym nr 296 z dnia dwudziestego trzeciego października roku 1920 . Obrzęd ten religijny dopełniony został przez księdza prałata Jana Nimirę proboszcza miejscowego [...]



Rozprawa przed sądem okręgowym w Sosnowcu , obfitująca w wiele wzruszających momentów zakończyła się skazaniem Figlera . Jak sam oskarżony przyznał nikt w jego rodzinnej miejscowości nie zaakceptował by jego małżeństwa z Rosjanką ,a rodzina by go wyklęła ,dlatego zdecydował się porzucić Wierę. I że przyjechawszy w rodzinne strony ożenił się tam drugi raz.

Figler, służąc w wojsku, poznał sanitariuszkę w Łowiczu w osobie 22- letniej Wiery Kierżjewnej (Rosjanki), z którą się ożenił w r. 1920. Po pięciu zaledwie miesiącach pożycia małżeńskiego Figler , pod pretekstem wyjazdu do swej rodziny — opuścił Łowicz, przyrzekając szybki powrót. Mijały tygodnie, miesiące, lata. Biedna Wiera nie mogła się doczekać powrotu męża i ojca dziecka, które powiła  w rok po ślubie. Ciężka była niedola biednej matki. W izdebce jej zapanował chłód i głód, po przebytej bowiem chorobie, której nabawiła się, pracując w szpitalu epidemicznym w Białymstoku, pozostała bez żadnych środków do życia. Gdy cierpliwość jej wyczerpała się, zwróciła się do policji o pomoc w odszukaniu jej męża. Kiedy ustalono jego adres, zwróciła się do niego listownie, donosząc o przyjściu na świat córki Halinki i prosiła o udzielenie pomocy materialnej, jeśli nie jej, to przynajmniej córce, która ukończywszy lat 8, uczęszczała do szkoły. Prośba matki nie odniosła jednak żadnego skutku. Dalsze dochodzenie policyjne ustaliło, że  Figler w roku  1923 poślubił w Zagórzu niejaką Józefę Kopczyńską i ma z nią trójkę dzieci ,  wobec czego sprawa oparła się o sąd. Figlerowie stanęli  przed Sądem okręgowym w Sosnowcu, zarzucając sobie wzajemnie zdradę małżeńską. 

Sąd skazał bigamistę na 6 miesięcy więzienia.





sobota, 22 lutego 2025

Strzelanina na cmentarzu - Łowicz 1926 r.

 



Na terenie pierwszego cmentarza w Polsce, położonego "w polu", czyli poza miastem…

[...]Rozegrała się  krwawa walka, do której powód dał ścigany od dłuższego czasu groźny bandyta Antoni Burzykowski. Policja, dowiedziawszy się, że bandyta kryje się na cmentarzu św. Małgorzaty, natychmiast cmentarz ten otoczyła, mając po swojej stronie pomoc cywilnych. Z pośród tych, obywatel miejscowy Gottard Świderski zaryzykował przeskoczyć  parkan, po za którym krył się bandyta. Znalazłszy się nieomal oko w oko z bandytą, Świderski dał do niego’’ kilka strzałów’’?. W odpowiedzi bandyta trzykrotnie strzelił do Świderskiego. Policja, słysząc strzały, przypuściła atak, a wtedy ścigany A. Burzykowski, resztę kul z rewolweru skierował do siebie. Znalezionego go na cmentarzu już martwego. Świderskiego, ociekającego krwią z ran, zadanych przez bandytę, co rychlej skierowano do szpitala. Niestety Świderski jednak w drodze życie zakończył[...]

Na pogrzeb ś. p. Gottharda Świderskiego, ofiary poświęcenia współdziałania z policją w celu pochwycenia bandyty Burzykowskiego , sejmik powiatowy łącznie z magistratem m. Łowicza wyasygnował  złotych 300.





Niezliczone tłumy ze wszystkich warstw społecznych odprowadziły  na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarz ewangelicko- augsburski przy ul. Bocznej nr.9 ,zwłoki ś. p. Gottharda Świderskiego, który padł od kul bandyty Burzykowskiego. Społeczeństwo łowickie należycie oceniło bohaterski czyn Ś. p. Świderskiego, który z kawałkiem jedynie drewna w ręku rzucił się na zbrodniarza terroryzującego przez trzy tygodnie miasto i okolicę. Nocował po ogrodach i polach, czatował podobno na rzeźnika Rajpolda i odgrażał się że jeszcze trzech musi zabić i narzeczoną, a potem siebie. Wiedział, że w końcu wpadnie w  ręce sprawiedliwości i wszędzie głosił, że jak się po załatwia ze wszystkimi , na ostatku sobie życie odbierze i dotrzymał w części obietnicy, gdyż po ostatnim zabójstwie widząc się zewsząd otoczonym, celnym strzałem w głowę pozbawił się życia. Bujne w około zboża o ile utrudniały pościg, o tyle ułatwiały zbrodniarzowi ukrywanie się i nieraz  przywarowawszy w bruździe wyskakiwał nagle porywając z rąk niewiast dwojaki z obiadem niesionym dla mężów lub synów, a zawsze z nieodłącznym browningiem w prawej ręce. Pod fabryką chemiczną  pastuszkowi  porwał mleko z butelką i chleb, a kobietom wiejskim rabował masło niesione na targ. Do krewnych  i znajomych wpadał przeważnie nocami przez okna  i jadał zwykle lewą ręką, trzymając rewolwer w prawej, i nie pozwalając nikomu ruszyć się z miejsca. A że nie uciekał nigdzie dalej tylko krążył około upatrzonych przez siebie ofiar, nic też dziwnego, że ludzie, zwłaszcza potrzebujący wyjeżdżać rano, czynili to z obawą czy gdzie nie wyskoczy  z zarośli czy   zboża ten zwyrodniały człowiek. Od takiego to potwora życiem swoim zbawił miasto ś. p. Gotthard Świderski. Społeczeństwo odczuło ulgę po samobójstwie bandyty i żywiołowo złożyło hołd dzielnemu i odważnemu obrońcy. W pogrzebie również udział przyjęły cechy ze sztandarami, straż pożarna ochotnicza z orkiestrą i komendą policji. Kościół ewangelicki zaledwie cześć pomieścić mógł tych, którzy za obowiązek swój uważali choć krótką zanieść modlitwę do tronu Przedwiecznego za spokój duszy bohatera.



Na cmentarzu ks. pastor  Stefan Stegmann w pięknem i podniosłem przemówieniu skreślił poświęcenie się nieboszczyka i w gorących słowach zwrócił się do rodziców o wpajanie w duszę dziecka  poszanowania własności, bo inaczej wyrastać będą potwory bez duszy, sumienia, litości i Boga! Gdy grudki ziemi zaczęły padać na trumnę i gdy wzniosły się pod stropy niebieskie ,wypowiedziane przez kapłana poważne słowa modlitwy Pańskiej ,cisza zapanowała wśród uczestników pogrzebu , które sercem powtarzały modlitwę za Wieczny Spokój tego, który dla drugich się poświęcił. Podniosłe chóry w świątyni i na cmentarzu silne wywołał  wrażenie i długo jeszcze stał tłum  zamarły w bólu nim opuścił miejsce spoczynku sprawiedliwego człowieka.

 


Dzień później.

 

O godzinie 6-ej rano wóz szpitalny wiózł zwłoki nieszczęśliwego zbrodniarza, za wozem nikt nie szedł, nawet rodzice go się wyparli. Patrząc na ten ponury, kondukt, mimowolni nasunęły się słowa poety:

 "Nikt me pójdzie  za trumną do wieczności grobu, garstki piasku, nie rzuci na oczy, zapłakać nie masz  komu ! … "

Życie straszne i śmierć okrutna.


Gdy rozeszła się pogłoska, że morderca Antoni Burzykowski ukazał się znowu na Glinkach wyskoczywszy z ogródka domu nr. 11 ,gdzie nocował, ludzie pogonili za nim, niektórzy widzieli, że przeskoczył przez mur cmentarza św. Małgorzaty. Policja zaś udała się w stronę kolei Kaliskiej, by mu przeciąć odwrót. Na Glinkach grupki osób. Niżej podpisany z p. Edwardem Nowakowskim wyszedłszy na spacer, zaczepieni byliśmy przez biegnącego chłopca, aby zatelefonować do komendy po pomoc, gdyż tam tylko pobiegło dwóch policjantów. Spełniwszy polecenie zwróciliśmy się w stronę Glinek i widząc drzwi od cmentarza tylko przymknięte - weszliśmy na cmentarz. Z prawej strony wzdłuż muru rośnie gęsty ligustr, na uwagę moją, może tam się ukrywa, p. Nowakowski podszedł do krzaków i zaczął je laską odchylać. Uczyniłem uwagę, że nie należy samemu bez broni narażać się, gdy człowiek ukryty łatwo każdy ruch widzieć może. Nic nie znalazłszy, zwróciliśmy się na ogród cmentarny i tam zapytaliśmy się kobiety  wyrywającej zielsko, czy tu kto  nie uciekał? Odpowiedziała, że jakiś poleciał za kościół Małgorzaty. Zwróciliśmy się w tę stronę. I tu gęsty ligustr wzdłuż muru, a najgęstszy w tym rogu, gdzie stała karuzela. P. N. przeszedł przez grzędy warzywne zbliżył się do krzaków odchylając gałęzie, ja zatrzymałem się o kilka metrów dalej. Po pewnym czasie p. Nowakowski odchodząc od krzaków rzekł: E, nie ma nikogo, lecz zbliżywszy się do mnie-blady, szepnął, jest tam w rogu jakiś  człowiek, skulony  i oczy ma spuszczone. Ja zatrzymałem się 20 kroków od miejsca, p. Nowakowski  pobiegł po pomoc. Po drodze spotkał p. Świderskiego zmierzającego na cmentarz i oświadczył mu, że ma wrażenie iż bandyta siedzi w krzakach. Świderski rzekł: jestem pewny, że on tu musi być! 

I ruszył śmiało w  kierunku muru. P. Nowakowski  zapytał go się  czy ma rewolwer ? i wręczył znaleziony kawałek kija . Świderski rzekł, jeżeli tam jest to żywy nie wyjdzie.  Nagle usłyszeliśmy krzyk i ujrzeliśmy, że Świderski zamierzył się kijem, po czym nastąpiły cztery strzały. Pobiegłem natychmiast do siebie zatelefonować na policję  i po doktora. Po strzałach zaczęły się gromadzić tłumy i dopiero z zewnątrz ktoś  wdrapał się na mur i zauważył że leżą dwa trupy. Widocznie bandyta strzał czwarty skierował do siebie widząc się zewsząd osaczonym.



Zginął pełniąc służbę ...PKP Skierniewice 1930 r.

  Stacja kolejowa Skierniewice była w tych dniach widownią bohaterskiej śmierci policjanta. Pełniący służbę posterunkowy Franciszek Pawlak z...