Łączna liczba wyświetleń

środa, 31 grudnia 2025

Zabici przez pociąg...między Skierniewicami a Nieborowem (1911r.)

 

  

Czwartek -10 sierpnia 1911 r.

Onegdaj w odległości wiorsty od Skierniewic dążący do Warszawy z Aleksandrowa pospieszny pociąg nr. 8 ,o godz. 11 m. 20 przed południem ,uderzył na przejeździe w zaprzężoną w jednego konia furmankę włościanina ze wsi Sierakowice, pomimo jego zamknięcia. Przejazdowy Jan Szafrański z żoną Emilią, stojący z przeciwnej strony linii, krzycząc, starali się ostrzec jadących o nadejściu pociągu i wskazywali zamknięty szlaban, powożący jednak gospodarz , nie zważając na to, smyrgną batem konia, który uderzył w słupek bariery zagradzającej przejazd, rozłupał go , wywrócił barierę i wpadł pod nadbiegający pociąg. Na furmance w chwili wypadku znajdowali się 66-letni włościanin Józef Dratwa, 61-letnia jego żona, oraz ich zięć 30-letni Maciej Zamrzycki (Skobiczewski) . Skutki uderzenia lokomotywy były straszne. Teść i zięć zostali zabici na miejscu, pierwszy leżał w odległości 20 kroków, drugi — 60 kroków od przejazdu, rozbita czaszka ostatniego po drugiej stronie linii. Żonę Dratwy siła uderzenia wrzuciła na pokład lokomotywy, okalając przednią część jej. Po zatrzymaniu pociągu ranną zdjęto w stanie nieprzytomnym i odwieziono do szpitala św. Stanisława w Skierniewicach, gdzie lekarz stwierdził złamanie lewej nogi i ręki, jak również żebra. Po upływie kilku godzin p. Marianna Dratwa zmarła . Zwłoki zabitych przez pociąg pozostawiono na miejscu do zejścia władz sądowych. Setki osób z miasta i okolicy przychodziły na miejsce wypadku, w różny sposób komentując jego przyczyny i fatalne następstwa.






wtorek, 30 grudnia 2025

Epidemia cholery ,Łowicz -Łyszkowice 1894 r.

 



Z Łowicza piszą :

''Epidemia już u nas ustała, lecz herbaciarnie nie przestały funkcjonować. Komitet, zawiązany z powodu cholery, ma zamiar herbaciarnie te zamienić na stalą kuchnię tanią. Ubogiej ludności zasłużyli się dobrze dostarczaniem ciepłego pożywienia pp.: Echhorn, Hirszowska,Kołakowska, Konarzewskie, Konopaccy, Oppman, Brzezińscy, Julian Schoenfeld,. Szymanowskie,  którym niech mi wolno będzie, w imieniu Łowicza, złożyć za pośrednictwem Kuriera publiczne podziękowanie. W mieście ruch ożywił się znacznie skutkiem jarmarku.''

Środki zaradcze.

''W osadzie fabrycznej Łyszkowicach cholera między robotnikami ustawać zaczęła, natomiast przeniosła się miedzy ludność żydowską. Łyszkowice liczą do 60 rodzin żydowskich. Herbaciarnia trwa dalej, obecnie wydaje herbaty do tysiąca szklanek dziennie. Niezależnie od tego wydają także bezpłatne obiady klasie roboczej. P. M. Epstein przesłał z własnej kasy na ręce dyrektora fabryki zasiłek pieniężny dla pozostałych wdów i sierot po zmarłych robotnikach. Groza epidemii w części już zażegnana została.''


Najokropniejszy był miesiąc lipiec i połowa sierpnia; były dni, że po 30 osób padało ofiarą cholery i to przy zmniejszonej ludności, gdyż wiele rodzin, a w szczególności żydowskich, z samego początku, gdy jeszcze nie zabraniano wyjazdu z miasta , wyjechało do miast innych, albo uciekło do lasów. Przez kilka tygodni sklepy były pozamykane, targów nie bywało, wstrzymano dowóz żywności, przeto była wielka drożyzna. Miasto przez wszystkich z daleka było omijane. Zapanowała przerażająca pustka, cisza grobowa. Mieszkańcy z domów nie wychodzili, chyba w gwałtownej potrzebie ukazywali się, idąc do kościoła lub po lekarza. Cisza przerywaną była jedynie płaczem i lamentami na ulicach, wywożeniem zmarłych lub uwijaniem się licznej i bardzo energicznej, dobrze zorganizowanej służby sanitarnej. Dzięki zaradności władzy i komitetowi, złożonemu z obywateli miasta i lekarzy nadzwyczaj czynnych, epidemię u nas wkrótce zwalczono. Należą się dzięki temuż komitetowi, albowiem miasto doprowadzone zostało wówczas do prawdziwego porządku i czystości. Dla biednych, z funduszów kasy miejskiej i ze składek prywatnych, wydawana była gorąca herbata i obiady; panie tym się zajmowały i pełniły dyżury, a pełniły gorliwie mimo doznawanych przykrości od tych, dla których dobra się poświęcały. Przed ratuszem i w kilku punktach miasta, w zaimprowizowanych z beczek samowarach, nieustannie była gorąca mięta dla użytku wszystkich, zamiast surowej wody do picia. Chorym dawaną była natychmiastowa pomoc; szpital choleryczny przy ulicy Browarnej dobrze był urządzony. Zmarłych niezwłocznie chowano. W mieszkaniach czyniono dezynfekcję, a w specjalnych aparatach dezynfekowano pościel i ubrania. Policji  w wielu czynnościach straż ogniowa ochotnicza przychodziła z pomocą. Żydów, ku wielkiemu ich strapieniu, chowano pod przymusem w trumnach zamkniętych, a jak oni się wyrażali: „w pudełkach.“ W ogóle pogrzeby, a raczej tylko wywożenia umarłych odbywały się o każdej porze dnia i nocy, cicho, bez ludzi i dzwonienia. Kapłani w niesieniu chorym ostatniej pomocy i pociechy duchowej poświęcając się nieograniczenie, podołać nie byli w stanie; kościoły codziennie były ludźmi przepełnione, konfesjonały w istnym oblężeniu. Potwierdziło się przysłowie:

„Kiedy trwoga, to do Boga''



W czasie grasującej cholery ,wśród największej trwogi i pognębienia umysłów ,dnia 21 lipca 1894 roku krzyż dębowy dwuramienny złożony ,był przed wielkimi drzwiami kościoła .Po solennym, błagalnym nabożeństwie, na czele  miejscowego duchowieństwa, wśród jękliwego odgłosu dzwonów, z przed kościoła ruszyły procesją zastępy kilku tysięcy ludzi wszystkich stanów, cechów, bractw i towarzystwa straży ogniowej ochotniczej, z pośród których przeszło 100 osób, skruchą przejętych, na ramionach, za pomocą 17 długich drągów, ów krzyż olbrzymi, ciężki, wieńcami i wstęgami przybrany, niosło aż na miejsce przeznaczenia—przed cmentarz. Pochód tak uroczysty, wspaniały, zarazem smętny, do głębi duszy każdego rozrzewnił..., nikt oka nie miał suchego. Na miejscu, po ceremonii poświęcenia, jeden z kapłanów rzewnymi słowy podniósł znaczenie chwili aktu tego, a w tłumie łkającym w skrusze i niepewności o życiu, przejętym wiarą, wzbudził nadzieję ocalenia przez ubłaganie miłosierdzia Bożego. Potem, przy potężnym na klęczkach śpiewie: „Święty Boże!“—Krzyż pod-- niesiono. Byłą to chwila największego wzruszenia. Już nie śpiew, ale jęk żałosny tysięcy dusz rozległ się pod Niebiosa. Po ustawieniu odśpiewano: „Zawitaj Ukrzyżowany! “— i całą tę uroczystość zakończono pieśnią „Straszliwego Majestatu Panie!“, znękane umysły i serca strwożone uspokojone zostały.— I w istocie odtąd cholera coraz mniej ofiar zabierała. Takaż sama uroczystość w tydzień czasu powtórzyła się w drugiej parafii—Św. Ducha.


Cmentarz Katedralny

Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas Panie – tak modlono się kiedy przychodziło  „morowe powietrze”, umierali biedni i bogaci. Lekarstwa nie było.  Tylko w Bogu była nadzieja. Po zarazie zostawały zapiski w księgach zmarłych, krzyże i cmentarze choleryczne.

W tym nieszczęśliwym czasie w okolicy Łowicza, a i w dalszych stronach, po wsiach, bardzo dużo postawiono krzyży dwuramiennych (Karawika).  Stawiano je na początku i na końcu wsi, tak aby blokowały zarazie drogę. Wierzono, że krzyż będzie skuteczny tylko wtedy gdy wykona się go w ciągu jednej nocy z jednego kawałka drzewa i postawi także tej samej nocy. Przyjętym zwyczajem było, iż w czasie trwania epidemii mieszkańcom wsi nie wolno było wychodzić poza krzyż.




Łyszkowice skrzyżowanie ul. Kościelnej i Cmentarnej 


„Karawika“—w trzech wydaniach przeszło 10,000 egzemplarzy rozeszło się po kraju z Łowicza i prosto z drukarni w Warszawie (St. Niemiry). Drugiego wydania (lipiec 1894) rozeszło się z Łowicza 3000 egzemplarzy w przeciągu dwóch tygodni i w czasie tym wskutek większego zapotrzebowania wyszło wydanie trzecie.








środa, 24 grudnia 2025

Wizyta wariata z pod Skierniewic -1886 r.

 


Pewnej nocy pani Łucja , zamieszkała pod nr. 4 na Wilczej, doświadczyła przygody, która ją przyprawiła o ciężką chorobę. Już było dosyć późno i pani Łucja w najlepsze usypiała, gdy dało się słyszeć gwałtowne dzwonienie. Służąca, która poszła otworzyć drzwi, wraca niebawem oznajmiając, iż jakiś pan porządnie ubrany, chce się z panią koniecznie widzieć, Pani Łucja obawiając się złodzieja, ani myślała przystać na tę nocną zagadkową wizytę, gdy tymczasem nieznajomy, nie czekając na pozwolenie, z przedpokoju udał się przez salon do sypialni i stanął w progu. Pani Łucja śmiertelnie wystraszona poleciła służącej wezwać stróża, sama zaś rozkazującym głosem poczęła nieznajomego mężczyznę wypraszać.

— Twój brat powiedział, że będziesz moją żoną,

więc jutro musisz mnie zaślubić

— wołał szaleniec, podchodząc coraz bliżej.

Na to nadszedł stróż, a pani Ł. zemdlała.

Okazało się, iż nieznajomy był to Karol W., dzierżawca z pod Skierniewic. Cierpi on od pewnego czasu obłęd umysłowy. Kiedyś zapoznał się z bratem pani Łucji wdowy, a ten żartami powiedział, iż będzie go swatał z siostrą. Otóż mania małżeństwa utkwiła w umyśle Karola który otrzymawszy adres pani Ł., wybrał się z wizytą w nocy. Stróż dostawszy kilka dziesiątek i widząc przed sobą porządnie ubranego pana, puścił go przez bramę, a dalej Karol dzięki nieoględności służącej dostał się do wnętrza mieszkania. Musiano użyć przemocy, aby obłąkanego z miłości Karola wyprowadzić. Pani Łucja z powodu gwałtownego wzruszenia i przestrachu ciężko się rozchorowała.





poniedziałek, 22 grudnia 2025

Morderca z Finką na łąkach Niebudaka -Łowicz 1986 r.

 


W styczniu społeczeństwo Łowicza wstrząśnięte zostało bestialską zbrodnią dokonaną na 14 -letniej Justynie Sz., wzorowej uczennicy szkoły podstawowej .Przebieg zdarzeń był następujący. Krytycznego dnia 23 stycznia około godziny 16 wyszła ona z domu z zamiarem odwiedzenia chorej koleżanki na osiedlu M. Konopnickiej ,znajdującego się w odległości 3 km .Spotkała tam przyjaciółkę ,która przyszła w tym samym celu .Po krótkiej wizycie obydwie postanowiły wrócić do swoich domów .Około godziny 17:30 udały się na przystanek MZK przy stacji PKP ,lecz autobus już odjechał. W tej sytuacji koleżanka radziła m.in. Justynie by wróciła do mieszkania chorej dziewczyny .Ta jednak postanowiła iść do domu. Spieszyła się ponieważ nie zdążyła odrobić zadań z języka rosyjskiego. Koleżanka odprowadziła Justynę kawałek drogi ,rozstając się z nią na skrzyżowaniu ulic Świerczewskiego i Tkaczew .Z tego miejsca Justyna miała trzy trasy dojścia do domu: Pierwsza ,ul. Sienkiewicza – Wodociągową – Powstańców ,druga Rynek – Wodociągowa – Powstańców i trzecia najkrótsza ,Tkaczew – 1 Maja – Lenina . Wybrała tę ostatnią ,którą nigdy nie wracała ze szkoły .Zbliżała się godzina 20 ,a Justyny nie było w domu. Matka coraz bardziej zaczęła się niepokoić tym bardziej, że córka nigdy nie wracała później niż o 19. Zadzwoniła więc do męża do pracy .Nie zastała go tam ,gdyż zdążył już wyjść. Czekała na niego na ulicy ,jakby przeczuwając że stało się coś złego. Po spotkaniu poinformowała ,że córka jeszcze nie wróciła. Postanowili ją szukać .Wzięli samochód ,przejechali trasami którymi mogła iść, odwiedzili koleżanki .Bez rezultatu .Po godzinie 21 rozpoczęli poszukiwania z pracownikami zakładów pracy – gdzie obydwoje byli zatrudnieni .Na tak zwanych łąkach Niebudaka .Około 22 o fakcie zaginięcia dziewczynki powiadomiony został Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych w Łowiczu. Funkcjonariusze pełniący służbę otrzymali rysopis Justyny ,ale nie podjęto działań na szerszą skalę .Zdarzało się bowiem ,że poszukiwane dziewczyny bawiły się całkiem dobrze i beztrosko .

Kiedy jednak w wyniku poszukiwań znaleziono but Justyny ,na nogi postawiona została cała łowicka milicja. Przeczucie matki ,że córce stało się coś złego potwierdziło się .Przed północą znaleziono drugi but ,a w godzinę później roznegliżowane zwłoki wsunięte pod krę lodową sadzawki. Wkrótce też natrafiono na ubranie schowane w kanale ściekowym . Wstępne oględziny wykazały ,że Justynie zadano nożem tzw. finką 14 ran., złamano jej nos i żebra .Fakt zgwałcenia wskazywał ,że morderstwa dokonano na tle seksualnym. Powołano specjalną grupę dochodzeniową pracującą dzień i noc. Zadanie nie było łatwe .Sprawca pozostawił po sobie tylko jeden włos i to bez cebulki .W czasie nocnych poszukiwań zatarto wiele śladów ,tak że pies milicyjny nie potrafił podjąć tropu zabójcy. Na dodatek spadł śnieg. Milicja podjęła rutynowe czynności. Przeprowadzono wywiady z kierowcami PKS,MZK i taksówkarzami .Legitymowano osoby przechodzące ul. Lenina . Sprawdzono niektóre meliny. Przesłuchiwano osoby karane w przeszłości za gwałty ,napady rabunkowe i bójki,a także pacjentów poradni zdrowia psychicznego. Przeprowadzono wiele rozmów z mieszkańcami osiedli wokół łąk Niebudaka .Na początku wydawało się ,że zakrojone na szeroka skalę działania milicji mogą szybko zakończyć się sukcesem . 25 stycznia poddano sprawdzeni 3 narkomanów z Warszawy .Jeden z nich miał zadrapanie na brzuchu .Okazało się ,że rana ta nie ma związku z zabójstwem ,a celem wizyty w Łowiczu był zakup słomy makowej .Zatrzymano też mężczyznę z czerwoną plamą na spodniach ,której pochodzenia nie potrafił wytłumaczyć .Ekspertyza wykazała jednak, że to nie krew .lecz farba olejna .Na początku lutego podejrzanym stał się pewien pracownik PKP .Ustalono ,że pod pretekstem niewłaściwego przejścia prze plac PKS w Łowiczu zaczepiał od pewnego czasu młode dziewczyny ,legitymował ,a następnie pod pozorem spisania personaliów prowadził rzekomo na posterunek milicji ,a faktycznie w ustronne miejsce proponując randki .Po zatrzymaniu stwierdzono u niego na palcu obrażenia .Biegły lekarz nie wypowiedział się jednak jednoznacznie czy mogło ono powstać wskutek ugryzienia .W sumie nie było podstaw do jego aresztowania ,lecz w kręgu zainteresowania milicji ,pozostawał jeszcze długi czas. Prawdziwego mordercę widziały trzy dziewczyny ,uczennice szkoły przyzakładowej ''Syntexu''przechodzące ul. Lenina .Ich spostrzeżenia pozwoliły na sporządzenie portretu pamięciowego .Ostateczna jego wersja powstała w połowie lutego ,ale ze względów technicznych nie mógł być wcześniej rozplakatowany niż 27 lutego.

Portret został rozwieszony w województwie skierniewickim ,a także w Kutnie i Głowno .Wspomniane 3 dziewczyny nie doszukały się sprawcy na pogrzebie .jak się później okazało po prostu na nim nie był . Żmudna praca milicji nie dawała w dalszym ciągu wyników .Rosła jednak liczba osób podejrzanych .W marcu jedna z przesłuchiwanych kobiet powiedział ,że jej przyjaciel wrócił pewnego styczniowego dnia nad ranem w pokrwawionym ubraniu ,twierdząc ,że na łąkach Niebudaka leży zamordowana dziewczyna. Nie mogła sobie przypomnieć daty ,ale powiedziała ,że było to wtedy ,kiedy zamknięto ruch na ul. Lenina .Okazało się ,że miało to miejsce tylko 24 stycznia .Po bliższym zbadaniu sprawy i ten trop okazał się również fałszywy. Milicja podejmowała więc dalsze pracochłonne czynności. Sprawdzono ludzi mieszkających ,pracujących czy uczących się w przeszłości w Łowiczu. Nie przyniosło to spodziewanych wyników ,więc znów uwagą skupiono na mieszkańcach Łowicza ,tym bardziej ,że ukrycie ubrania zamordowanej świadczyło o doskonałej znajomości terenu. Podejrzenia skierowano więc kolejno na lekarza uganiającego się za kobietami ,byłego mieszkańca Bełchatowa grożącego żonie nożem w czasie kłótni. Tak że na mężczyznę ,który znał Justynę i podał osoby rzekomo widzące go krytycznego dnia ,czego one nie potwierdziły .Cień na niego rzucał fakt ,że finka którą posiadał nagle zniknęła z domu .Przez pewien czas podejrzanym był również sprawca zabójstwa starszej kobiety w gminie Chąśno .Jednak użyte narzędzie zbrodni (siekiera) i sposób jej dokonania był zupełnie odmienny niż w Łowiczu stąd też dość szybko został wyeliminowany z kręgu podejrzanych. W ciągu 8 miesięcy milicja przeprowadziła kilka tysięcy rozmów, przesłuchano 900 osób. Praca ta nie poszła na marne .W czwartek 25 września w godzinach wieczornych morderca Justyny został zatrzymany ,a w sobotę aresztowany. Kim jest? 21 -letni Wiktor ,Krzysztof C. mieszkaniec Łowicza uchodził za przeciętnego obywatela .Ukończył tylko szkołę podstawową ,ale uczęszczał też do szkoły muzycznej w Kutnie i zaocznie do liceum w Łodzi .Kawaler dość inteligentny ,średniej budowy ciała .Lubił modnie się ubierać .W pracy miał dobrą opinię .Dotychczas nie wchodził w konflikt z prawem .Po dokonaniu zabójstwa ,do czego się przyznał w czasie przesłuchania już po kilku godzinach nie wychodził z domu odległego 800 metrów od miejsca popełnionej zbrodni, morderstwa Justyny. Na pogrzebie swej ofiary nie był .Zwykle chodził w okularach .Krytycznego dnia był bez nich ,lub też nie zauważyły tego uczennice ''Syntexu'' Ułatwiłoby to z pewnością poszukiwania mordercy. W domu zabójcy znaleziono finkę ,którą poddano wnikliwej ekspertyzie .

Niezależnie od tego funkcjonariusze MO będą się starali rozwikłać zagadkę czy 5 kresek na fince ma jakieś znaczenie .Być może w ten sposób morderca oznaczał inne swoje ''podboje''.

Jak doszło do znalezienia mordercy? Ustalono ,że na początku stycznia ,pewna dziewczyna został pobita na łąkach Niebudaka. Twierdziła jednak ,że to nieprawda ,że po prostu upadła .Kierujący grupą dochodzeniową ppor. Wojciech Walendzik nie mógł uwierzyć i polecił przeprowadzenie z nią dalszych rozmów ..Okazało się ,że miał intuicję. W czasie jednej z nich na początku września przyznała wreszcie ,że została pobita przez Wiktora C. a kilkanaście dni później wyznała całą prawdę .Została nie tylko pobita ,ale i zgwałcona .Przestraszona ,wystraszona przez Wiktora przyrzekła mu ,że nikomu o tym nie powie .Inaczej było z Justyną .Nawet pod groźbą finki nie chciała ulec walcząc o swój honor i życie. Zagroziła też że powiadomi milicję .To najprawdopodobniej zadecydowało ,że Wiktor C. postanowił zrealizować swój zbrodniczy zamysł .

                                                                                                                                          (DAN) 





niedziela, 21 grudnia 2025

''W szale pijackim zamordował żonę '' - Łowicz 1939 r.

 


W mieszkaniu Gajdów przy ul. Kutnowskiej w Łowiczu odbywało się przyjęcie dla zaproszonych gości. M. inn.. na przyjęciu byli małżonkowie Franciszek i Walentyna Ucieszni .W czasie przyjęcia raczono się wódką. Ucieszny oddawana podejrzewał żonę o zdradę i na tym tle powstała między małżeństwem sprzeczka. Wreszcie Ucieszni opuścili dom Gajdów. Na podwórzu zazdrosny mąż uderzył laską w plecy żonę, która wskutek doznanych obrażeń straciła przytomność. Wówczas Ucieszny zdarł z kobiety ubranie i na pół przytomną wprowadził do mieszkania Rocha Owczarka, zamieszkałego w tym domu, którego podejrzewał, że jest kochankiem żony. W mieszkaniu Owczarka Ucieszny jeszcze raz uderzył nieszczęśliwą kobietę w głowę. Uderzenie było tak silne, że pękła jej czaszka i w kilka chwil Ucieszna zakończyła życie. Zbrodniczego męża policja aresztowała.




sobota, 20 grudnia 2025

''Zbrodnia namiętnej wdowy ...'' - Łowicz 1936 r

 


W służbie ruchu na terenie Łowicza zatrudniony był 40- letni Władysław Charążka, człowiek żonaty mający już dwoje podrastających dzieci. Charążka zawarł przyjaźń z kolejarzem Józefem Ostrowskim. Doszło do tego, że obydwie rodziny zamieszkały we wspólnym domu.



Przed dwoma laty Ostrowski zmarł. Pozostała po nim wdowa, przeszło pięćdziesięcioletnia Zofia Ostrowska, zaczęła prześladować Charążka swą miłością. Często odwiedzała go w czasie pracy, domagając się oznak, wzajemności, a w razie sprzeciwu urządzała głośne awantury. Charążka. w obawie, że te skandale mogą pozbawić go pracy, ulegał namiętnej wdowie. Przywiązany jednak do swej rodziny unikał spotkań z Ostrowską. Tego rodzaju stosunek musiał doprowadzić do konfliktu, który rzeczywiście nastąpił i to w okolicznościach nie zwykłych . 


W dniu 23 marca Charążka późnym wieczorem wracał z pracy wespół z kolegą. Kiedy znalazł się na bocznej ulicy w Łowiczu, rozległ się strzał. Charążka, trafiony w tył głowy, padł trupem na miejscu. W tej samej chwili ukazała się Ostrowska i pochyliwszy się nad trupem, zawołała.

Czy już nie żyje?

Stwierdziwszy, że przyjaciel leży martwy, szybko pod niosła się i oddaliła się o kilka kroków . 



Padł drugi strzał. To Ostrowska wymierzyła lufę rewolweru w swoją pierś. Kula utkwiła w płucach. .Ostrowską przewieziono do szpitala, gdzie po pewnym czasie powróciła do zdrowia. Tymczasem wszczęte przez prokuraturę śledztwo co do przyczyny zgonu Chorążki wykazało, że zginął on z ręki Ostrowskiej, która w ten sposób zemściła się na przyjacielu za lekceważenie je j gwałtownej miłości. Ostrowska nie przyznawała się do winy. Złożone przez nią wyjaśnienia w zgoła odmienny sposób przedstawiają tło tragicznego zajścia.


Oto Ostrowska twierdzi, że nie ona prześladowała zmarłego, ale on się narzucał ze swymi uczuciami, zmuszając groźbami do uległości. Ostrowska nie chciała dopuścić do tego związku, gdyż, jak twierdzi, sumienie nie pozwalało jej oszukiwać Chorążkowej, z którą żyła w wielkiej przyjaźni. Ostrowska przedstawia listy, pisane przez Chorążkę. Są to niesłychanie czułe i w podniosłych słowach pisane wyznania miłosne ,zazwyczaj kończące się ślubowaniem wzajemnej i dozgonnej wierności .


Krytycznego dnia, jak twierdzi Ostrowska. Chorążka w przypływie żalu popełnił samobójstwo. Przypadkowo znalazłszy się na ulicy, ujrzała denata w krwi. Wspomniała złożoną przysięgę, że jedno 
drugiego nie przeżyje. Przysięgi tej nie chciała złamać. Podniosła wtedy z ziemi rewolwer, z którego zastrzelił się Chorążka, i zdecydowała się popełnić samobójstwo. Niewprawna ręka przekreśliła zamiar połączenia się z Chorążką za grobem. Dzisiaj Ostrowska odpowiada przed Sądem Okręgowym w Warszawie, który zjechał na sesję wyjazdową do Łowicza. W imieniu wdowy po Chorążce z powództwem cywilnym występuje adw. K. Hecht, domagając się zasądzenia symbolicznej złotówki. W rzeczywistości zaś idzie o obronę czci zmarłego, na którego Ostrowska w wyjaśnieniach swych rzuciła cień.



Rzecznik powództwa powołał świadków, którzy ustalić mają, iż Ostrowska oddawana nosiła się z zamiarem zabójstwa nieczułego na jej zwiędłe wdzięki Chorążki i w tym celu nabyła rewolwer. Strzał o dany w tył głowy nie mógł pochodzić z ręki samobójcy i dowodzi tylko zbrodni z premedytacją i perfidni Ostrowskiej.


niedziela, 14 grudnia 2025

''Z WCZORAJSZEGO JARMARKU w Łowiczu. '' - 1877 r.

 


Powiadali starzy złośliwie:

„trzy gęsie, dwie niewieście — zrobiły jarmark w mieście.“

Chcemy przez kurtuazję dla płci pięknej przypuszczać, że kapitolińskie bohaterki więcej miały udziału w sprawianiu jarmarcznego gwaru, aniżeli nasze szlachcianki rodu ludzkiego, pochodzące po kądzieli wprost od zacnej matrony Ewy, herbu: Ogryzek.



Nie potrzeba być ekonomistą i statystykiem, — wystarczy być Grzegorzem, lub Walkiem ze Skierniewic jeżdżącym z pochówkiem własnego inwentarza na targ — aby skonstatować, że jarmarki w czasach dzisiejszych, a mianowicie z zaprowadzeniem dróg żelaznych i łatwiejszych środków komunikacyjnych straciły wiele ze swego wpływu na ruch handlowy i w ogólnym obrocie gospodarstwa krajowego stały się np.: tym czym dawne krzesiwka z hubką w stosunku do dzisiejszych zapałek szwedzkich. 

Kalendarz i pogoda, — o to dwie jedyne przyczyny naszej wycieczki do Łowicza. Kalendarz zapowiadał jarmark świętojański, — pogoda sprzyjała, więc skombinowawszy jedno z drugim wypadła peregrynacja nad Bzurę. W rzędzie owych 55-ciu pereł i perełek guberni Warszawskiej, Łowicz nie jest wcale "Perłą Uriańską " a jeżeli nią ma być koniecznie, to już chyba z rodzaju tych „zamarłych'', co utraciły blask i wartość dawną od chwili, kiedy przestały ozdabiać infułę biskupi łowickiej.



Dzisiaj to mieścina cicha, skromna, spotulniała, nawet się nie pyszni z tych kilku zabytków, co się jakoś w gruzy jeszcze rozsypać nie chcą; tu i ówdzie pleśnią starości pokryta, podobna do staruszki pochylonej wiekiem, ogłuchłej już i niedowidzącej, a z przyzwyczajenia szukającej jeszcze towarzystwa i przyjmującej chętnie gości u siebie. Na starym rynku dwie epoki bardzo znacznie pomieszały się już z sobą. Z jednej strony kamienną koronką u szczytu wystrojona kanonia, odległe gdzieś pamiętająca czasy trzyma się, chociaż z biedą jako-tako; z drugiej na boku w smacznym stylu stanął młodszy od niej o wiele ratusz, brunatną farbą silnie przeciągnięty. Styl to zaiste smaczny, bo budynek wygląda, jakby z czekolady urobiony. Młodzik nowożytny, niestety, i odwieczna staruszka nie widzieli się dotychczas, kościół farny stanął im w drodze i przeszkodził poznaniu. Szkoda, że kościoła nie mogliśmy zwiedzić i przypatrzeć się między jego osobliwościami oryginalnemu portretowi, któregoś z członków dawnej sufragani, obdarzonemu fantazją artysty, czy wybrykiem natury — dwoma nosami i dwiema parami oczu na jednej twarzy. Ile ten wyjątkowy człowiek, jeżeli istniał rzeczywiście, widzieć i czuć w swoim czasie musiał!... W kościele ludu tłoczyło się mnóstwo, z pieśnią i modlitwą na ustach. Reszta co miejsca wewnątrz nie znalazła, przytulała się do murów kościoła, jak do łona jedynego przyjaciela i szeptała mu swoje troski, potrzeby i tajemnice duszy. Pismo powiada, że modlitwa wiernych skały przebija, więc i przez mur kościelny przeciśnie się do Boga!...

Jeżeli chodzi o wyliczenie wszystkich osobliwości miasta powiatowego oprócz cukierni, apteki, handlu win, w którym sprzedają także czapki, oryginalnych kramików z mydłem, cebulą, kantorem pism periodycznych etc. etc, — to nie wolno pominąć dwóch objawów postępu i komfortu miejskiego w postaci budek sodowych urządzających sobie konkurencję w odległości trzydziestu kroków. Dwa razy do roku miasto ożywiało się niezwyczajnie, na św. Jana i św. Mateusza. Wtedy Tkaczewem i ulicą Warszawską wzbijały się kłęby kurzu i do miasta z wszech stron wbiegały kasztanki, siwki, taranty, hulanki, ogiery, klacze, źrebce et tutti ąuanti z rodzaju jednokopytnych potomków Bucefała i bardzo dalekich kuzynów Fantaski, Thetydy, Przedświta itp.

Targ koński zapełniał się wozami, bryczkami, koczami, ruch, rejwach, gwar, chaos, koń i człowiek mieszali się z sobą w jakiś różnobarwny konglomerat. Rżenie koni i głos ludzi spływały się w dysharmonię jarmarczną podtrzymywaną trzaskaniem z bata, mlaskaniem, pogwizdywaniem i tętentem kopyt. Typowe postacie wieśniaków, faktorów, handlarzy, kupców, roiły się i przeciskały w tłumie, grupując w rodzajowe obrazki dopraszające się żywcem przeniesienia na płótno. Bywało dawniej, jarmarki w Łowiczu odbywały się wystawnie i z paradą. W mieście wrzało jak w samowarku, konie przyprowadzano jak cacka, godne choćby marmurowych żłobów magnatów , było patrzeć na co, zapalić się, rozgrzeszyć. Pieniążki kursowały szybko z rąk do rąk, interesy szły galopem, nawet konie miały weselszą minę. A każde kupno musiało być „oblane'' i to suto, czasem aż za suto. Po interesach szukano rozrywki. Podobno na czas jarmarków zjeżdżał nawet teatr i w stajni przemienionej na świątynię sztuki śpiewano opery przy fortepianie i kwartecie smyczkowym. Z tego wszystkiego pozostały dzisiaj rozerwane ogniwa, stajnie stoją jak dawniej, kwartet smyczkowy grywa ciągle jeszcze (Boże bądź miłościw uszom nieszczęśliwych słuchaczy!) może by się i klawicymbał jaki znalazł tylko najważniejszej zabrakło rzeczy, śpiewaków. Powiadają, że „bracia szlachta'' podochociwszy sobie, to i szczęścia w grze szukać tu lubiła. A bywało pono i tak, że z braku stołu do kart, zdejmowano drzwi z zawias, układano na dwóch beczkach i dalej na... kierową damę! Powiadają,— (przysięgać nie będziemy), że los figle płatał nie lada. Nieraz na jednej małej karcie zmieściła się para koni i bryczka, i wszystkie pieniądze za sprzedane siwki i słowo honoru wartości ze sto rubli. Ba! opowiadają nawet o pewnym rycerzu pikowym, co aksamitną kamizelką na ostatnią stawkę, odegrał nie tylko swoje pieniądze, ale jeszcze zabrał partnerom pół tysiąca rubelków en gettu. A wino lało się inaczej, niż dzisiaj, bywało: kiedy szaleć na jarmarku, to już bez opamiętania.

Dziś, tradycja tego zaledwie została. Bogu dzięki.

Cienkie piwo i twarde podeszwy cielęce w kształcie kotletów, odchodzą wcale nie świetnie, z „braci szlachty'' rzadki jaki okaz zjawi się z miną konesera, popatrzy na liche szkapy, nawet o cenę nie spyta, siada na bryczkę i wyjeżdża z jarmarku. Szczęścia, chyba furmani na dyszlu jeszcze próbują. Prawdę powiedziawszy, to i patrzeć nie ma na co. Wczoraj np. na całym targu jedyny ogier gniady wodził rej i za 700 rs. gotów był pójść pod cudze siodło, tylko, że ani pana nowego, ani siodła nie znalazł. Inne biedne koniska, patrzyły tak litośnie, gryząc siano bez apetytu, smutnie jakoś, melancholicznie i stały u żłobu, jakby je na stracenie przyprowadzono, nie na handel. Kilka par tłustych, pokaźnych wołów z dumną pogardą żuło swoją strawę pomiędzy tymi prostymi chudzinami, w Wysokiem niby rozumieniu o swojej sturublowej wartości. W takim towarzystwie potomków cnej Rossynanty, jasno kościstej klaczy rycerza Don-Chichotka .wół podpasły mógł być wczoraj śmiało zarozumiałym , na łowickim targu. Oparty o węgieł domu z przygasłem okiem, z jakimś uśmiechem pół ironicznym, a pół bolesnym stał stary „faktor koński'' z rękami bezczynnie schowanymi w kieszeniach; kiwał głową, cykał przez zęby, czasem ziewając czapkę z tyłu głowy na oczy podsunął, podrapał się w brodę i znowu popadał w nudę nieznaną mu lat temu dwadzieścia.

- Kein Geschäft ! Mruczał od czasu do czasu .Co te dzisiejsze jarmarki warte ?śmiechu warte!

Bywaj grodzie nad bzurski, bywaj!—nie zobaczysz nas więcej, chyba twój jarmark zostanie zmieniony na rolniczo-przemysłową wystawę prowincjonalną, co będzie miała rzeczywistą rację za sobą, jako brak postępu gospodarstwa krajowego, i na której łyse kobyły będą kompromitowały gniadego ogiera.




poniedziałek, 1 grudnia 2025

Z ''miłości ''wyskoczyła przez okno...? Skierniewice 1886 r,

 


Lipiec -1886 r. Dworzec drogi żelaznej Warszawsko- Wiedeńskiej w Skierniewicach 

Fatalny wypadek wyskoczenia przez okno na dworcu kolejowym w Skierniewicach panny Cecylii G. wywołał smutne wrażenie. Szczegóły tego zdarzenia są już ujawnione i cała sprawa znajduje się w rękach sędziego śledczego, który aresztował moralnych sprawców wypadku.



Nieszczęśliwa   wygnanka  z  Prus.

Wypadek ten wywołał wielkie wrażenie i oburzenie nie tylko w mieście Skierniewice ,ale także w dyrekcji kolei wiedeńskiej ,która postanowiła zaopiekować się nieszczęśliwą pasażerką .Pierwsze zeznania panny Gabrieli po przyjściu do przytomności ,zgodne jest z poniższymi szczegółami . Panna Gabriela Grocholska guwernantka z Poznania ,otrzymała rozkaz wydalenia z miejsca pracy za niedostateczne przykładanie się do germanizacji, oddanych pod jej opiekę edukacyjną dzieci. Feralnego dnia jechała do Warszawy celem otrzymania nowego miejsca zamieszkania i podjęcia pracy nauczycielki .W Skierniewicach spotkał ją przykry wypadek spóźnienia się do pociągu ,który odszedł w kierunku Warszawy .Był to ostatni pociąg i biedna pasażerka zmuszona zaistniałą sytuacją ,postanowiła  czekać do rana . Swą pomoc zaoferował miejscowy stacyjny telegrafista ,człowiek już nie młody ,poważnie wyglądający i zaprosił w gościnę do swego mieszkania guwernantkę z Poznania. Dziewczę zaufało poważnemu człowiekowi ,który wraz z drugim młodszym towarzyszem powziął zamiar uczynienia haniebnego czynu na osobie spóźnionej pasażerki. Nastawił samowar ,postawił na stole kieliszki , karafkę mocnego trunku ,jak twierdził dla rozluźnienia atmosfery i kazał się pannie Gabrieli  rozbierać .P. Gabriela dla ocalenia honoru wyskoczyła oknem i upadła na bruk od strony miasta.



Niegodni sprawcy wypadku zamknęli szybko okno i przestrachem zdjęci nie mieli odwagi nawet zejść na dół dla zobaczenia co się stało dziewczynie .Dopiero po upływie może godziny omdlałą Gabrielę dostrzegł stróż nocny obchodzący swój rewir i udzielił pomocy . Po przewiezieniu do szpitala, okazało się iż nieszczęśliwa panna ma złamaną dwukrotnie nogę i rozbitą głowę .Obrażenia są ciężkie i życiu ofiary grozi niebezpieczeństwo .Nadmienić  trzeba, że nieszczęśliwa budzi ogólne współczucie pomiędzy mieszkańcami Skierniewic, którzy licznie nawiedzają chorą, a telegrafista, który był powodem smutnego wypadku, otrzymał zwolnienie ze służby drogi żelaznej.

Sprowadzono z Warszawy chirurga dla zestawienia w dwóch miejscach złamanej nogi. Chora przesłuchiwana drugi raz przez sędziego śledczego zrzekła się wszelkich pretensji do sprawcy jej nieszczęścia, który chcąc naprawić swą winę, oświadczył się o rękę .Panna Grocholska, pozostaje na kuracji w szpitalu na koszt zarządu drogi żelaznej i obecnie ma się znacznie lepiej.




17 luty 1887 r.

Przez dwa dni toczyły się w sądzie okręgowym rozprawy w sprawie telegrafisty ze Skierniewic, Edwarda Czaczkowskiego. Ponieważ sprawa sądzoną była przy drzwiach zamkniętych, zaznaczyć trzeba , że obronę za oskarżonym wnosił adwokat- przysięgły .J. M. Kamiński. W pierwszej instancji po płomiennej mowie obrońcy oskarżonego zapadł wyrok, którym Czaczkowski został w zarzucie unieszczęśliwienia guwernantki Gabrieli uniewinniony. Obrońca oparł swą mowę na zeznaniach ofiary ,argumentując że nie znajoma pasażerka ,której swą pomoc zaoferował p. Edward ,zrzekła się wszelkich pretensji do oskarżonego i że wkrótce ze swym domniemanym sprawcą, niefortunnego zdarzenia sprzed kilku miesięcy ,stanie na ślubnym kobiercu.

(Panna Gabriela nie doczekała ślubnego wianka ,wyniku powikłań po upadku z okna ,zmarła )

18 marca 1888 r.

Od wyroku tego prokurator założył protest do izby sądowej, domagając się kary dla oskarżonego z art. 1525 kod. kar. Że wyniku zdarzenia z lipca 1886 r o którym mowa ,Gabriela Grocholska poniosła śmierć na skutek doznanych obrażeń po wyskoczeniu oknem z mieszkania telegrafisty E. Czaczkowskiego .Sprawa ta w izbie sądowej sądzoną była w II. departamencie kryminalnym w Warszawie. W izbie Czaczkowski uznany został za winnego zarzucanego mu przestępstwa i skazany po pozbawieniu wszystkich praw stanu na zesłanie i osiedlenie w odległych miejscowościach Syberii.







Papież w Chruślinie – Sobocie - Walewicach i Łowiczu 1918 rok

  Miejscowi Księżacy dość długo wspominali że osobiście widzieli Papieża nie będąc w Rzymie ,bo Papież osobiście był w gościnie w ich paraf...